wtorek, 15 września 2015

One Shot "Dla ciebie wszystko"

Dla kochanej Smile and drem ♡
W podziękowaniu za wszystko

*pisane przy piosence "not about angels" ♡*

~~~~~~~

Zacisnęła powieki i rozłożyła ramiona. Czuła, jak wiatr muska jej twarz i kołtuni włosy.
Wzięła głęboki wdech.
Miała dość tego świata. Świata bez niego.
Pragnęła zrobić krok przed siebie. Rzucić się w jego ramiona.
Zapomnieć.
Jej stopy powoli szurały o kamienisty grunt. Aż go straciły. Spadała… Spadała z uśmiechem na twarzy, do czasu, aż jej ciało uderzyło o zimną taflę głębokiej wody. Niemal tak głębokiej, jak jego oczy.

♣♣♣2 lata wcześniej ♣♣♣

Złociste słońce oślepiało jej zaczerwienione oczy, a po brudnym od sadzy czole spływał pot. Widziała, jak oddala się w czyjś ramionach od płonącego budynku, który za wszelką cenę starali się ugasić strażacy.
I wtedy sobie przypomniała… Nie była tam sama.
Maxi…
W palącym się domu pozostał klucz do jej serca…
Zebrała w sobie wszystkie z możliwych sił i wyrwała się z uścisku wybawcy. Czuła, jak płuca rozrywa jej dym, którego się wcześniej nawdychała. Z jej oczu płynęły łzy, które pozostawiały na jej twarzy białe smugi.
Czując paraliżujący ból przy każdym kroku, zaczęła biec w stronę drzwi, by uratować ukochanego tak, jak uratowano ją. Nagle poczuła silne szarpnięcie na swoim obolałym ramieniu, czemu towarzyszył przeszywającym jej plecy dreszcz.
- Jego tam nie ma – usłyszała głos swojego przyjaciela.
Rozejrzała się dookoła.
Pożar był już niemal opanowany, a wszędzie walały się do połowy spalone przedmioty. Dodatkowo czuć było obrzydliwy odór spalonych włosów, który dochodził od niej.
- Gdzie?- spytała pełna nadziei. W oczach jej przyjaciela pojawił się ogromny smutek. Długo się wahał, czy odpowiedzieć, czy odejść bez słowa.
- Tam… - spojrzał na karetkę, z której kolejno wchodzili i wychodzili ratownicy medyczni.
Adrenalina, która krążyła w jej żyłach wraz z krwią, dała o sobie znać ponownie. Poczłapała do furgonetki najszybciej, jak to było możliwe i zamarła. Jego osadzone, opuszczone ciało leżało na leżance, a nad nim stali mężczyźni. Na przemian uciskali jego klatkę piersiową i odliczali.

Raz…
Dwa…
Trzy…
Cztery…

Liczby dudniły jej w głowie sprawiając ją w zawroty.
Trwało to niemal nieskończoność… A gdy jeden z ratowników zaczął wkładać jego ciało do plastikowego worka… Upadła na kolana.
Zaczęło jej brakować tchu. Zupełnie tak, jakby z jego odejściem wyparowało powietrze. Zaczęła się dusić. Walczyć o kolejny wdech… Z co raz większą trudnością.
Nagle… Zamknęła oczy. Odpłynęła. Pozostała w tym stanie przez najbliższe dni.

♣♣♣Teraźniejszość ♣♣♣

Uniosła zaspane powieki i zdała sobie sprawę, że leży na białej, pozbawionej najmniejszej skazy ziemi. Jej oczy raziła panująca wszędzie śnieżnobiała biel.
Podniosła się na łokcie i przypomniała sobie o tym, co zrobiła.
Skoczyła… Ona naprawdę skoczyła z klifu do morza.
Ale… W takim razie, czemu jest sucha? I co robi w tym magicznym miejscu? Nawet jej ubrania nie były takie, jak powinny. Miała na sobie długą, smukłą czerwoną suknię, która podkreślała brązowy kolor jej kręconych włosów.
- Miałem nadzieję, że nie spotkamy się tak szybko…
Podniosła głowę, a jej ciało przeszedł przyjemny dreszcz.
Ten głos…. Tylko on potrafił ją doprowadzić do takiego stanu kilkoma słowami.
Ale co miał oznaczać ich sens? Czy nie chciał jej teraz widzieć?
Przecież mówił, że ją kocha…
Ale przecież…
On odszedł…
- Powinnaś żyć - dodał nieco głośniej i w magiczny sposób pojawił się tuż za nią.
Odwróciła się i pierwsze, co zobaczyła, to jego piękne, brązowe oczy, w których malowała się złość i frustracja.
- Ale ja… - tyle udało jej się wydusić z siebie.
Chciała powiedzieć, że żyje. Ale nie miała co do tego pewności, w końcu widzi swojego martwego chłopaka.
- Umarłaś… - powiedział, jakby czytając w jej myślach. - Skoczyłaś z klifu.
Pokiwała zamyślona głową i uśmiechnęła się.
Dotknęła jego bladej dłoni i spojrzała w przepełnione smutkiem oczy. Teraz będzie mogła być z nim już zawsze. Nic ich nie rozdzieli. Nawet śmierć, bo przecież ona okazała się za słaba dla ich miłości.
- Maxi, wiesz co to znaczy? –ścisnęła jego dłoń. - Teraz możemy być razem… Już zawsze…
Chłopak puścił jej rękę i odwrócił się do niej tyłem. Natalia nie wiedziała skąd brał się w nim ten chłód i obojętność. Bolało ją to, ale nie traciła nadziei.
- Natalko… - zaczął. –Popełniłaś samobójstwo –stwierdził. Dziewczyna pokiwała głową.
- A wszystko po to, by znowu móc cię przytulić.
Chłopak lekko się uśmiechnął, a potem znowu jego twarz przybrała minę grymasu i załamania.
- A dla samobójców nie ma miejsca w niebie. Przykro mi.

Załamana opadła na ziemię i przyjrzała się z dołu ukochanemu.
- Ale w takim razie… Co ja tu robię? – spytała drżącym głosem.
Czuła, jak załamuje się wszystko to, w co wierzyła. Odeszła od rodziny, przyjaciół… Wszystkich tych, dla których cokolwiek znaczyła… Po to by być w piekle.
- Każdy samobójca przed pójściem do piekła musi zrozumieć, na czym polegał jego błąd. Dlaczego musi spotkać go kara. Ja mam cię uświadomić.
Pokiwała głową i przyłożyła dłonie do twarzy. Zaczęła szlochać, ale z jej oczu nie płynęła ani jedna łza.
Czuła, jak w środku rozpiera ją smutek, zupełnie tak, jakby wszystkie cechy, które w sobie miała zanikały. Nie rozumiała, na czym ma polegać jej kara, ani to, co zrobiła temu losowi, że zabiera jej wszystko to, co kochała.
Najpierw zabrał jej chłopaka w najstraszliwszy z możliwych sposobów. Potem, gdy sama pokonała swoje trudności, by go odzyskać, on ponownie go od niej odsuwa… tym razem na zawsze.
- Samobójcy nie potrafią płakać. Wraz z łzami ucieka z nich smutek. A to jest część twojej kary. Już zawsze masz czuć ból. Taki sam, jak twój podopieczny.
W jego głosie kryło się tyle złości i innych negatywnych emocji, że niemal go nie poznawała. Nie był już jej ukochanym Maxim. Śmierć zabrała nie tylko jego duszę, ale też wiele cech, które w nim kochała.
- Co to znaczy? Ja nic nie…
- Wiem – przerwał jej. – Zaraz ci wyjaśnię…

Wziął ją za rękę i zaprowadził w nieznaną stronę. Była tam mała, błękitna dróżka, która prowadziła do jasnoniebieskiego jeziorka.
Dojście do niego zabrało im chwilę, którą spędzili w błogiej ciszy. Naty napawała się bliskością chłopaka i tym, by doskonale zapamiętać dotyk jego ciepłej skóry.
- Spójrz w taflę wody i dokładnie przyjrzyj się temu, co w niej zobaczysz.
Pokiwała głową i schyliła się, by dokładniej móc zobaczyć świat, który malował się w wodzie.
Obraz przedstawiał ulicę pogrążoną w nieustającym ruchu. Natalia była pewna, że już gdzieś wcześniej ją widziała, ale nie wiedziała, gdzie. Wszędzie unosił się pył, który unosiły ludzkie nogi, które przechadzały się po zatłoczonym chodniku w tę i z powrotem.
Nieopodal był zaułek, a w nim dużych rozmiarów kontener na śmieci. Z pozoru taki sam, jak wiele innych. Ale miał w sobie coś, czego nie było nigdzie indziej.
Schowany był w nim pewien chłopak… Na oko w wieku dziewczyny. Pogrążony we śnie ściskał plastikowy worek pełen odpadków niczym najmiększą poduszkę.
Odsunęła się trochę i opadła na chłodną glebę.
- Ten chłopak… - wyszeptała. Federico pokiwał głową.
- Umarł z głodu. Przez Twoją śmierć – odpowiedział bez najmniejszego skrupułu, a następnie usiadł obok niej.
- Ale jak mógł umrzeć przeze mnie? Ja go nawet nie znałam…

Nic nie rozumiała.
Zupełnie nic. W jej głowie wszystko się ze sobą plątało tworząc nordycki węzeł. Nie miała pojęcia co powiedzieć, jak się zachować. Okazać skruchę? A może zwyczajnie udać, że nic się nie stało? Nie miała siły martwić się problemem tego chłopaka, skoro sama miała swoich aż za nadto.
- Każdy z ludzi ma misje, od której zależy jego życie wieczne – powiedział. – Ale żeby nie było tak łatwo, nikt z żyjących ludzi o tym nie wie. Po prostu jest sobie i napotyka na to „coś”, co powinien zrobić. Staje wtedy przed wyborem, czy odwrócić się i odejść, czy może spróbować zadziałać. W ten sposób poznaje się, czy ktoś jest dobry, czy zły.
Natalia podniosła smutne spojrzenie pełne obaw.
- Ale ja go jeszcze nigdy nie spotkałam… Nie mogłam mu pomóc… - wyszeptała. Maxi objął ją ramieniem, by okazać jej odrobinę wsparcia.
- Nie spotkałaś go, ponieważ umarłaś nazbyt wcześnie i z własnego wyboru. A śmierć nigdy nie jest wyborem. Ona po prostu przychodzi… I trzeba ją wtedy zaakceptować.
Wtuliła się w jego pierś, tak jak zawsze robiła, gdy się bała.
- Ale ty też umarłeś bardzo wcześnie, zdążyłeś wypełnić swoje zadanie?
Chłopak spojrzał na nią troskliwie, po raz pierwszy od dwóch lat.
- Nie… Ale to co innego –odpowiedział. - Ja umarłem, ale nie z własnego wyboru. Po prostu tak się stało i inna osoba dostała moje zadanie.
Podniosła zaciekawiona wzrok. - Kto?
Pokręcił głową.
- Nie wiem.

Minęło kilka chwil, nim odeszli znad magicznego jeziora. Nie rozmawiali zbyt wiele.
Mogłoby się zdawać, że Naty, jako osoba, która popełniła samobójstwo z miłości ciągle będzie przytulona do jego szczupłej sylwetki. Zapatrzona w jego czekoladowe oczy.
Ale nie była.
Zrozumiała, czemu Maxi jest taki oschły. Taki… Nieprzyjemny.
Chciał ograniczyć jej cierpienia. Przecież za chwilę miała zejść do piekielnych bram i tam spędzić wieczność. W samotności.
- Dlaczego postanowiłaś się zabić? – spytał.
Zacisnęła powieki i westchnęła.
- Wiesz, co to za życie, kiedy ktoś, kogo się kocha jest daleko? - spytała. – Żadne. Ciągła tęsknota, obwinianie się i szukanie rozwiązania, którego nie ma. Tak wyglądały moje ostatnie dwa lata. Aż w końcu się poddałam.

Jego oczy zaszły mgłą, a policzki pobladły. Wiedział, doskonale wiedział, jak wiele bólu zada jej odchodząc. Ale nie miał na to wpływu.
- Nie chciałem Cię opuszczać… - szepnął.
Pusto się uśmiechnęła.
- W dniu Twojej śmierci zapadłam w śpiączkę.. Nie było mnie na świecie przez sześć tygodni…. Nie potrafiłam się obudzić z myślą, że nie ma Cię obok… A gdy to już nastąpiło… pogubiłam się.
Pokiwał głową na znak, że rozumie i ścisnął jej spoconą dłoń. Przyłożyła głowę do jego ramienia i wzięła kilka głębszych wdechów.
- Wiem… - odpowiedział drżącym głosem.
- Nic nie było dla mnie gorsze od wieści o Twojej śmierci. Potrafiłam nic nie jeść i pić dniami. Potrafiłam nie odezwać się słowem przez tygodnie – westchnęła. -Świadomość, że mnie uratowali, a Ciebie nie, zabijała mnie od środka. Już nie miałam siły, po prostu nie mogłam…

Po jej policzku spłynęła jedna, pojedyncza łza.
Podobno samobójcy nie płaczą?
Gdy w grę wchodzi takie cierpienie, jakie przeżyła Natalia i tak ogromny ból, jaki tygodniami nosiła w sercu, nie było mowy o wiecznej karze, przydzielonej przez niebiosa.
Nie istniała żadna gorsza kara od rozdzielenia jej od ukochanego. A przecież taki los zgotowano jej jeszcze za życia.
- Chciałbym powiedzieć, że będzie dobrze, ale… Nie mogę. Doskonale wiesz, co się teraz stanie… - szepnął w jej włosy. Skinęła głową i odeszła kilka kroków od Maxiego. Stanęła na wprost magicznego jeziorka i przyjrzała się w nim swojemu odbiciu.
Widziała w nim małą, skrzywdzoną przez los kobietę. Z pozoru niewinną i bezbronną. Lecz w jej oczach kryła się złość. Wściekłość spowodowana tym, co przyniosło jej życie. A raczej tym, co jej zabrało.

Teraz doskonale rozumiała na czym polegała jej kara.
Została ukarana za piękną miłość, którą obdarzyła Maxiego.
Potem wszystko samo się potoczyło. Jedna łza za drugą. Jedna decyzja za drugą.
A teraz przyszło jej zapłacić za swe błędy.
- Jestem gotowa… - szepnęła w otchłań i spojrzała na chłopaka. – Chciałabym, byś to Ty mnie tam zaprowadził… -prosiła.
Do oczu napłynęły mu łzy. Nigdy nie spodziewał się żegnać z ukochaną. A już na pewno nie na zawsze. Teraz pozostało mu iść z nią ostatnią drogą.
Drogą do Piekła.

Stała wpatrzona w wielkie drzwi o krwistoczerwonym odcieniu, dokładnie takim samym, jak jej sukienka. Dookoła panowała biel i tylko tajemnicze drzwi były jednym akcentem kolorystycznym. Patrzyła na nie z oczami pełnymi strachu.
Nie wiedziała, co przyniesie jej ten jeden krok oprócz smutku i cierpienia.
Odwróciła się przodem do Federico i przyjrzała się jego zatęchłej minie. Stał wpatrzony z nią ze smutkiem. Nie chciał się z nią żegnać, nie w taki sposób i nie tu – wiedziała o tym.
Ale to było nieuniknione. Tak miała wyglądać jej kara.
Kara za miłość.
Wtuliła się w jego ramiona, które on rozłożył dokładnie tak, jak wtedy, gdy spadała z klifu w otchłań morza i uściskał ją w nich jak najserdeczniej.
Spojrzał w jej oczy i delikatnie musnął jej wargi.
Pocałunek – ten, którego zabrakło jej przy powitaniu stał się ich pożegnaniem. Rozżarzone ciała, które nigdy nie miały się ochłodzić. Stęskniała dusza nie mająca prawda nigdy zaspokoić swych potrzeb. Ostatnie spojrzenie rzucone oczami pełnymi łez, których nie miało prawa być.
I to słowo rzucone na wiatr otwieranych wrot piekła.
- Żegnaj…

Upadł na kolana i wpatrywał się w zatrzaśnięte już drzwi.
Drzwi, za którymi zniknęła jego miłość. Została skazana na piekło – miejsce, z którego raptem chwilę temu się wyrwała.
Powstał z białej ziemi i szybkim krokiem przemierzył niebo, by dojść do magicznego jeziora. Wpatrywał się w nie chwilę, aż w jego tafli zamiast swojego odbicia zobaczył ogromne, jasne pomieszczenie. Leżała w nim na łóżku pewna kobieta ze spoconym czołem i zarumienionymi policzkami. Dookoła niej stali lekarze, którzy za wszelką cenę starali się wyciągnąć z niej dziecko. Odbywał się poród.
Na świat przychodziła nowa istotka. Nowa dusza, która czeka, by wypełnić powierzoną jej misję i znaleźć się w niebie.
Nagle pomieszczenie przesiąkło krzykiem. Krzykiem nowonarodzonego dziecka. Jeden z mężczyzn wziął je w dłonie – jeszcze całe ubrudzone krwią matki i podniósł je do góry.
Noworodek otworzył oczy. Oczy o pięknym, bursztynowym odcieniu. Matka pogłaskała dziecko po główce i zapłakała ze szczęścia. Podobnie jak dziecko. To była dziewczynka. Piękna dziewczynka.
- Nazwę ją… Liliana… - powiedziała kobieta biorąc pociechę na ręce.

Maxi uśmiechnął się do dziecka i westchnął… Liliana… Tak miało na imię nowe wcielenie jego ukochanej.
Tak miało na imię nowe wcielenie jego Natalki.


~ Bo nasz świat jest piekłem, a śmierć jest wybawieniem..

~~~~~~♥~~~~♥~~~~♥~~~~~~♥~~~~♥ ~~~~~

Witam was, aniołki ♡
Mam nadzieję, że shot wam się spodobał - wiem, nie jest fajny ani ładny, ale się strałam, żeby był przyzwoity :)

Tak z innej beczki - w najbliższym czasie założę drugiego bloga, tym razem z jednym ciągłym opowiadaniem :)
O wszystkim będziecie informowani tutaj >>>> ask.fm/Lilka_Ferro

Buziaczki i do następnego, misie :*
Wiki aka. Lilka

piątek, 14 sierpnia 2015

One Shot "Cisza"

Dla mojej kochanej Liwci ♥
Kocham cię, Misia ♥

- Mamusiu, dlaczego ta dziewczynka siedzi tam sama? – pyta zdumiony, wpatrując się w nieobecny wzrok matki.
Ostrożnie podpiera się łokciem o marmurowy parapet i wychyla głowę przez otwarte okno. Drobne listki dużej rośliny delikatnie muskają jego policzki.
Robi tak już od kilku dni.
- Nie wiem, kochanie. Odsuń się od okna, bo wypadniesz – odpowiada obojętnym tonem. Mogłoby się wydawać, że w jej słowach jest zawarta odrobina uczucia, lecz nie daje tego po sobie poznać. Niedbale przewraca strony ogromnego zeszytu, by zamknąć go i odłożyć na miejsce. Stara szuflada skrzypi, gdy dłoń kobiety odnajduje uchwyt i ostrożnie za niego ciągnie. Brulion ze zniszczoną okładką trafia do wnętrza ciemnej szafki.
- A gdzie jest jej mama? – nie daje za wygraną, czując nagłą potrzebę dowiedzenia się wszystkiego o życiu drobnej blondynki. Przez chwilę wydaje mu się, że dziewczynka przygląda mu się z taką samą uwagą, jak on jej. Wyciąga malutką rączkę, pozwalając, by na jej palcu usiadł mały ptaszek. Chłopiec odrywa wzrok od istotki siedzącej pod drzewem, by jego spojrzenie spotkało na swojej drodze szare tęczówki matki. Kieruje nim niewyjaśniona pewność, że ta jest w stanie dać mu odpowiedź na każde pytanie.
- Odsuń się od okna. Zasłoń je. Proszę – szepcze kobieta, uciekając wzrokiem od zdziwionego malca.
Wie, że nie może pozwolić, by jej syn przejmował się tak błahymi, nic nieznaczącymi, marnymi ludźmi. On jest lepszy. Nie zrobi z niego nic niewartego wieśniaka. Co to, to nie. Odruchowo odwraca głowę, kierując spojrzenie na niewielki, zakurzony, pożółkły portret. On tego chciał.
- Czy mógłbym jutro pójść do niej, porozmawiać, zapytać? – prosi z nadzieją w oczach. W odpowiedzi uzyskuje jedynie głębokie westchnięcie. Matka kiwa głową na znak niezgody.
Nie rozumie. Dlaczego mu nie pozwala? Może zostaliby przyjaciółmi? Może podzieliłby się z nią ulubionymi cukierkami i bawiliby się razem misiami? On ma swojego, ona na pewno też go posiada.
- Nie – odpowiada chłodno i nie czekając na reakcję syna sama podchodzi do okna i energicznie zasłania szyby oliwkowozielonym materiałem zasłonek. Siada na drewnianym krześle tuż obok mahoniowego stolika nakrytego jedwabnym obrusem.
Brunet nie daje za wygraną. Podchodzi do matki i staje tuż przed nią, przyjmując najpoważniejszą postawę na jaką stać pięciolatka. Zanim jednak zdąża otworzyć usta, kobieta skutecznie ostudza jego zapał.
– Nie pozwalam ci z nią rozmawiać, ani na nią patrzeć. Ona nigdy nie zostanie twoją koleżanką. Nie jest taka jak my. Zabraniam ci o niej wspominać – po czym dodaje. – Zabierz swoje zabawki z podłogi i poukładaj na regale w pokoju – jak gdyby nigdy nic.
Obrażony chłopiec odwraca się, nie mogąc pojąć, dlaczego mama ma takie złe zdanie o dziewczynce, choć nawet jej nie zna. Ostrożnie przestępuje przez próg pokoju, choć podłoga i tak wydaje charakterystyczne skrzypnięcie.
I nagle uderza go kolejna, niedająca spokoju myśl. Odwraca się i kieruje się w stronę matki. Ta, zdziwiona, podnosi wzrok i lustruje malca obojętnym spojrzeniem.
Nie zdaje sobie sprawy, jak ogromny ból sprawia synowi chłodny wyraz jej twarzy.
- Kiedy wraca tata? – zadaje pytanie, którego oboje się boją. Pytanie, na które matka nie ma przygotowanej odpowiedzi w postaci suchej formułki. Pytanie, które sprawia, że krew w jej żyłach zatrzymuje się na kilka sekund, a serce staje.
Czuje gęsią skórkę w okolicach przedramion. Zmienia swoją pozycję na krześle, odwracając się w stronę malca.
Sama nie wie. Mężczyzna nie odpowiada na listy.
Nikt nie zdaje sobie sprawy, że kobieta codziennie rano wstaje, by jako pierwsza ustawić się w kolejce do kiosku i kupić najnowszą gazetę, po czym, zanim jeszcze zapłaci, przewraca stronę przeszukując nekrologi. Robi tak od miesiąca i dotąd nie znalazła jego nazwiska.
Swego rodzaju ulga to również jej przekleństwo.
- Niedługo, Federico, niedługo… - chwilowo uspokaja czujność małego chłopca.
Ten, szybko zapominając o zmartwieniach, przenosi wzrok na okno. Otwiera usta, by coś powiedzieć, lecz delikatny gest matki, polegający na ruchu palców prawej ręki, nie pozwala mu na wypowiedzenie ani jednego słowa.
– Nie. Idź już spać.

***

12 lat później

Jasne obłoki, przeszyte pomarańczowymi promieniami, delikatnie przesuwają się po sklepieniu niebieskim, zasłaniając poświatę zachodzącego słońca.
Ramiona najjaśniejszej z gwiazd mizernie odbijają się na powierzchni Ziemi, gdzieniegdzie tworząc cienie, w innym miejscu świecąc popołudniowym światłem. Temperatura powietrza od kilku dni nie spada poniżej trzydziestu stopni, co jest pocieszeniem jedynie dla turystów wypoczywających na plaży, bowiem dla mieszkańców miasta powoli staje się męczącym utrapieniem i utrudnieniem dla codziennego życia. Taka pogoda sprzyja również sprzedawcom lodów i zimnych deserów, które bywają jedynym ukojeniem w gorący dzień.
Właściciele okolicznych sklepów jeden po drugim zamykają swoje interesy, udając się na wymarzone urlopy.
Mimo upału, życie toczy się dalej. Nikt nie zastanawia się nad tym co będzie za miesiąc. Nikt nie myśli o przewrotnych decyzjach zmieniających całe życie.
Ciemnowłosy chłopak kroczy alejkami parku.
Gdyby wczoraj stanął przed nim ktoś, kto oznajmiłby, że następnego dnia wydarzy się coś, przez co już nigdy nie będzie chciał być takim samym człowiekiem, nie uwierzyłby. I nawet nie wiedziałby, jak bardzo się pomylił.
Delikatny podmuch wiatru jest ukojeniem dla jego ciała. Zaciąga się powietrzem, jakby było najznakomitszym narkotykiem.
Podnosi dłoń i przyciska ją do czoła, ocierając krople potu spływające po całej twarzy. Mruczy pod nosem siarczyste przekleństwa.
Przez te kilka lat zdążył skutecznie znienawidzić otaczający go świat, w tym każde głupie drzewko, krzaczek, kwiatuszek i inną pierdółkę. Najchętniej zostałby w domu, siedząc naprzeciwko ogromnego wiatraka.
Chociaż nie.
Musiałby wtedy słuchać nieustającego jazgotu płynącego z ust matki. Wiele razy słyszał, że jest arystokratą, że nie tak go wychowała, powinien godnie reprezentować rodzinę, bla, bla…
Przecież właśnie to robi. Pokazuje innym gdzie jest ich miejsce, uświadamiając, że jest od nich lepszy. Tym słabym, marnym popychadłom…
Dochodzi do muru oddzielającego jego ogromnych rozmiarów dom, który spokojnie można by było pomylić z pałacem prezydenckim, od niewielkiej kamienicy i fragmentu zieleni otaczającego stare bloki.
Zatrzymuje się i unosi głowę. Zawiesza wzrok na ozdobnych wieżyczkach wystających ponad dach. Każdą z nich ozdabia malutkie okienko, położone dokładnie na środku. Szyby są zasłonięte przez jasne, jedwabne firanki, a z końców materiału zwisają malutkie koraliki.
Kręci głową z dezaprobatą. Nigdy nie zrozumie dziwnego gustu architektonicznego matki.
Mruży oczy, by dokładnie przyjrzeć się głównej części budynku, która z jego perspektywy znajduje się na drugim planie. W jednej z największych, a zarazem najstarszych okiennic widnieje jasne światło.
Znowu płacze… - myśli. Robi to tylko wtedy, gdy młodzieńca nie ma w domu. Nie zna silniejszej osoby od swojej matki, ale doskonale wie, że jedynym strachem kobiety są uczucia.
Od kilku lat nie odważyła się okazać przed nim radości - nawet się nie uśmiechała, smutku - nie płakała, czy nawet zwykłej, matczynej miłości. To największy mankament, jakiego był w stanie się w niej doszukać.
Zwątpił, czy naprawdę go kocha. Miał wrażenie, że jedyne, czym dla niej jest, to niechciane przypomnienie o ojcu. Ojcu, którego już nie ma.
Wzdycha głęboko i nerwowo przełyka ślinę, jakby była ostatnim, czego dane mu będzie posmakować, życiodajną siłą.
Jak może być tak głupia i myśleć, że nie wiem?! – gani się w myślach za użycie słowa „głupia” względem matki. Ale czy można to nazwać inaczej, niż tylko głupotą?
Odwraca głowę w drugą stronę. Traktuje to działanie jako chwilową ucieczkę od problemów.
Przymyka oczy, gdy ciężar powiek okazuje się nie do wytrzymania, lecz po chwili unosi je, uchylając przed samym sobą rąbek tajemnicy tego świata. Od razu żałuje swojego działania.
Obraz, jaki maluje się przed jego oczami jest daleki od ideału, jaki obrał sobie za cel. Dwie liny i deska, które mają udawać huśtawkę, czerwona zjeżdżalnia, górka usypana z piasku, kilka zabawek, ławka. Nigdy nie miał okazji podejść bliżej, dotknąć, poczuć ziarenka przesypujące się między palcami.
Prycha głośno, obserwując śmiejące się dzieci. Jedno z nich upada, a po jego twarzy spływają łzy. W mgnieniu oka pojawia się obok niego matka, która przecież chwilę temu siedziała na oddalonej ławce. Kobieta chwyta jego ramiona i przyciąga je do siebie. I nagle, nie wiedzieć czemu, płacz ustaje.
Federico czuje wyraźne ukłucie gdzieś na dnie serca. Kolejne uczucie na liście tych, których nigdy nie doświadczył. Nieznacznie porusza palcami, by zacisnąć je w pięść.
Świat wokół wiruje i chłopak musi oprzeć się o najbliższe drzewo, by nie upaść. Odruchowo dotyka czoła, jest zimne. Bierze głęboki wdech, zapominając o całej sprawie. No bo po co pamiętać?

Robi kilka kroków, a jego wzrok zatrzymuje się na cieniu ogromnego drzewa.
Szczupła blondynka od kilkunastu lat zajmuje to samo miejsce.
Przywykł do widoku jej twarzy codziennie rano, gdy jadł śniadanie, a także wieczorem, gdy starał się zasnąć. Często przyglądał się jej stojąc przy oknie. Oczywiście do czasu, gdy matka zabroniła mu tego robić, a i później, lecz znacznie rzadziej.
Aż wreszcie przestał. Zrozumiał, że będąc tym, kim jest, nie może pozwolić sobie na podobne „dziwactwa”.
Tak mu się wydawało.
Podchodzi bliżej, ale dziewczyna nie podnosi wzroku, a żadna część jej ciała nawet nie drga. Przez chwilę chce jakoś zareagować, ale porzuca tę myśl i idzie dalej.
Na rogu alejki czeka już na niego przyjaciel.
Rzuca ostatnie spojrzenie w stronę dziewczyny i robi kilka kroków do przodu.
Wyciąga dłoń, by przywitać bruneta. Znają się od najmniejszych lat, gdy ich matki postanowiły ich sobie przedstawić.
To właśnie Leon miał być dla niego „odpowiednim” towarzystwem.
I paradoksalnie tak się stało. Bez wątpienia na pytanie, kto jest najbliższą mu osobą odpowiedziałby, że jest to chłopak stojący tuż przed nim.
- Leon. Co cię sprowadza w moje skromne progi? – mruczy przeciągle, uśmiechając się, ale gdy jego wzrok napotyka wyraz twarzy chłopaka, zmienia uśmiech w niejasny grymas. – Masz dla mnie jakieś informacje?
- Niestety, tak. Nie spodobają ci się – brunet unosi głowę, biorąc głęboki wdech i kontynuuje swoją wypowiedź. – Twoja matka ma co do ciebie bardzo ambitne plany, Pasquarelli.
- Co masz na myśli? – w czekoladowych oczach chłopaka widoczne jest zmartwienie, może nawet strach.
Mimo całego szacunku, jakim darzy matkę, nie ufa jej pomysłom, które ostatnio bywają coraz śmielsze.
- Cóż. Nie spodziewałem się, że dane mi będzie zatańczyć na twoim weselu tak wcześnie – Verdas prycha głośno i uśmiecha się sarkastycznie.
- Co ty pieprzysz? Skąd to wiesz? – samokontrola i opanowanie bruneta w mgnieniu oka zostają zastąpione przez wściekłość, ale również nieporadność, którą niespodziewanie w sobie odnajduje.
Ślub? Wesele? Niby z kim?
- Myślę, że dowiesz się, kiedy wrócisz do domu, Fede. ¡Adíos! – w momencie, w którym wypowiada słowa pożegnania, unosi dłoń w podobnym geście i znika za rogiem, zostawiając Federico zupełnie samego i bez pomysłu na to, co ma dalej robić.
- Le…

Odwraca się na pięcie i zaciska obie dłonie w pięści, by po chwili stanąć naprzeciwko muru i z całej siły uderzyć w jedną z pokrytych rdzawym proszkiem cegieł.
Podnosi głowę, bez konkretnego celu wpatrując się w wieczorne niebo. Mruży oczy nagle i z dużą siłą, powodując ból skroni. Unosi dłonie do twarzy i odgarnia nimi włosy z czoła. Tupie prawą nogą, dając upust złości. Z jego ust powoli wypływają coraz potężniejsze przekleństwa.
Od dzieciństwa wypełniał wszystkie polecenia swojej matki, ślepo wierząc w ich słuszność. Nie mógł sobie pozwolić na cokolwiek, co zostawiłoby plamę na honorze nazwiska jego rodziny.
Ale teraz?
Chrzanić nazwisko! Tych parę cholernych literek…
Jeżeli ta kobieta myśli, że siłą zaciągnie go przed ołtarz to grubo się myli! Traci kontrolę nad sobą i nie panuje już nad tym, co robi.

W przypływie uczucia, którego nie potrafi nazwać, rusza przed siebie i siada pod ogromnym dębem.
Nie zwraca uwagi na utkwione w nim spojrzenia przechodzących ludzi.
Nie zwraca uwagi na sączącą się z rany na nadgarstku czerwoną krew, o brudnym zabarwieniu koloru hebanu.
Nie wzrusza go nawet fakt, że bursztynowe tęczówki dziewczyny po raz pierwszy nie są zainteresowane niczym, poza nim.
Podciąga nogi pod brodę i opiera czoło o kolana, chowając twarz.
Powrót do domu to ostatnie o czym myśli, co chciałby zrobić. Wie, że nie jest gotowy na konfrontację z matką.
Jestem pieprzonym tchórzem! – jedyne, na co go stać, to oskarżanie się w myślach. Doskonale zdaje sobie sprawę, że gdy stanie twarzą w twarz z matką… Kobieta bardzo dobrze potrafi maskować uczucia, za to świetnie wie, co powiedzieć, by uderzyć w te, o których nie miałeś pojęcia, że istnieją.
Wiele razy odczuł to na własnej skórze. Ale jest jej synem.
Wiele razy miał okazję grać w jej grę.
Byli tacy sami.

Cisza wokół niego nie pozwala mu na dłuższe przemyślenia. Ta cisza jest jedną z najcichszych, jakich doświadczył w życiu. Ale on nie potrafi cierpieć w milczeniu. Robi to o wiele głośniej, niż ktokolwiek inny.

Nieznacznie unosi głowę, gdy dociera do niego, że nie jest sam i coś tuż obok się poruszyło.
Czuje chłodne powietrze na ramieniu, a gdy otwiera oczy, okazuje się, że jest to oddech delikatnej istoty siedzącej po jego prawej stronie. Wpatruje się w twarz dziewczyny z rozchylonymi ustami.
Przez chwilę zastanawia się, dlaczego mimo ciężkiego wiatru, jaki rozprasza wokół nich upał, policzki blondynki są jasne, blade, jak cała jej twarz. Nie ma na niej śladu różu. Tak, jakby nie odczuwała tego, czego wielu ludzi wolałoby nie czuć. Dokładnie analizuje rysy jej twarzy od czoła, poprzez mały nos, pełne usta i na wyraźnie zarysowanym podbródku kończąc. Nigdy wcześniej nie miał okazji przyjrzeć jej się z tak bliska.

- To ty - ze zdziwieniem wpatruje się w usta dziewczyny, które chwilę wcześniej poruszyły się i pozwoliły wydostać się dwóm słowom.
Tak proste stwierdzenie, a jednak nie rozumie, co blondynka ma na myśli. Przestaje rozumieć wszystko, co dzieje się wokół niego.
Dlaczego w ogóle usiadł pod tym drzewem?
Dlaczego wciąż pod nim siedzi?
Chce uciec, ale nie może. Niewidzialna siła trzyma go w miejscu.

Wbija zrozpaczony wzrok w tęczówki dziewczyny, doszukując się odpowiedzi.
- To ty – powtarza kolejny raz, jak mantrę. Unosi wzrok. – Byłeś tam. A teraz jesteś tu – jej spojrzenie wraca na zdezorientowanego chłopaka. Widzi, że oczekuje on od niej wyjaśnień, jednak nie daje mu żadnych. – To ty. Ja wiem.
- Nic nie wiesz – nagłe wyznanie chłopaka psuje atmosferę, jaka wytworzyła się między nimi w ciągu ostatnich minut. On jednak nie cofa swoich słów, a brnie dalej w chorą rzeczywistość. – Nie masz o niczym pojęcia! Jak możesz mówić, że cokolwiek wiesz? Nie znasz mnie – przez chwilę wpatruje się w jej oczy, ale i tym razem nie otrzymuje wyjaśnień.

Mija kilka minut, kiedy orientuje się, że krew na nowo krąży w jego żyłach i odzyskał czucie w kończynach. Wstaje i robi krok do przodu. Za nim kolejny.
- Siedziałeś tam, w tamtym oknie – głos dziewczyny wyrywa go z zamyślenia i sprawia, że zapomina o celu swoich działań.
Odwraca się i spogląda na blondynkę. Nie wskazuje ona dłonią na żaden z domów, ale jej wzrok utkwiony jest w okiennicy, z którą związał wiele swoich wspomnień.
– Kiedyś codziennie tam siedziałeś. Patrzyłeś na mnie –uśmiecha się delikatnie. – A potem ci zabroniła. Widziałam to. Zasłoniła szyby. A potem już tylko płakałeś… Uczyłeś się kilku języków. Miałeś pięciu nauczycieli. Jednego z nich nienawidziłeś do tego stopnia, że wrzuciłeś mu żabę do torby. Potem już nie wrócił… - ma ochotę przerwać niezwykły monolog dziewczyny i zapytać skąd ma te wszystkie informacje, tak bardzo zgodne z prawdą, ale zamiast tego zbliża się i słucha dalej. – Twój ojciec nie żyje. Wróciłeś do domu i pierwszym, co zobaczyłeś była gazeta otwarta na stronie z nekrologiem. Matka nigdy nie płacze, gdy jesteś obok. Wtedy też nie płakała.
- Przestań – w przeszklonych łzami oczach chłopaka maluje się złość. – Nie powinnaś tego wiedzieć. I tak nic nie rozumiesz… Nie wiesz jak to jest. Siedziałem tuż obok niej, a jednak byłem sam. A on odszedł. Z chwilą jego śmierci zostawili mnie oboje. I żadne z nich już nie wróci. Nikt tego nie zrozumie. Kim ty w ogóle jesteś?!
- Byli lekarzami. Zachorowali –zaczyna nową historię, nie zwracając uwagi na pytanie chłopaka. – Walczyli o każdy oddech. Przegrali. Patrzyłam na to, rozumiesz? – role się odwracają i tym razem to ona pyta, choć nie oczekuje odpowiedzi. Nie krzyczy, nie płacze. Wypowiada te zdania, jakby były odpowiedzią na pytanie o pogodę.

Przez chwilę wygląda jakby chciała coś dodać, ale porzuca swój zamiar.
On już nawet nie słucha. Odwraca się i tym razem zdecydowanym krokiem rusza w stronę domu. Nie jest pewny tego, co stało się przed chwilą, ale wie, że choć w życiu rozmawiał z wieloma niezwykle inteligentnymi osobami, żadna z nich nie zrobiła dla niego tyle, co ta dziewczyna.
Dziękuję… - szepcze, ale tak, by nie usłyszała.
Myli się.

Stare, mahoniowe drzwi skrzypią, gdy jego dłoń naciska na mosiężną klamkę. Przełyka ślinę i bierze najgłębszy oddech w jego życiu.
Mimo, że codziennie pokonuje drogę między drzwiami, a salonem, tym razem jest prawie pewny, że zapomniał jak ma tam dojść. Ostrożnie podnosi prawą nogę i naciska nią na drewnianą podłogę. Po chwili dostawia do niej lewą. Zdejmuje buty, by nie zostawić śladów na wypolerowanym parkiecie. Nie wie, jakim cudem, ale nie mija minuta, a on siedzi na skórzanym fotelu, wpatrując się w ścianę.
Z pokoju obok wyłania się postać jego matki. Jasnobrązowe włosy kobiety opadają falami na linii karku. W zielonych oczach maluje się obraz spokoju i niewyjaśnionej pustki. Pod oczami widoczne są delikatne zmarszczki, oznaki wieku. Lekko zadarty nos pokryty jest warstwą piegów. Górna warga ust jest nieco węższa niż dolna i delikatnie drga, gdy kobieta oddycha. Bordowa sukienka do kolan nie odejmuje jej lat, za to dodaje dostojności i elegancji.

Na widok chłopaka jej twarz rozjaśnia się, jednak uśmiech wciąż nie znajduje na niej swojego miejsca.
- Federico – wypowiada zimnym, lecz spokojnym tonem. – Moja bliska znajoma odwiedzi nas dziś i zje z nami kolację. Będzie tu ze swoją córką, Charlotte. Chciałabym żebyście się polubili, bo… chcę żebyś się z nią ożenił.
- Wiem – mruczy. Matka patrzy na niego ze zdziwieniem, ale nie dopytuje o szczegóły. – Czy jest już za późno żeby się nie zgodzić?
- Oczywiście. Nawet jej nie znasz. Jest ładna, miła…
- A ile warte jest jej nazwisko? Jaki majątek ma jej rodzina? Kim jest jej ojciec?
- Zamilcz. Nie życzę sobie żebyś zwracał się do mnie w taki sposób. Rzeczywiście to małżeństwo będzie dla nas bardzo korzystne. Musisz o tym pamiętać, nie pochodzisz ze zwykłej, wieśniackiej rodziny.
- Czasami wolałbym być tym wieśniakiem! Mam już tego dość. Zawsze decydowałaś o wszystkim, co działo się w moim życiu. Tym razem ci nie pozwolę. Jak możesz zażądać ode mnie poślubienia dziewczyny, której nie znam, której nie kocham, z którą nie będę szczęśliwy i wciąż nazywać się moją matką?! – urywa, by po chwili unieść dłoń i przyłożyć ją do pulsującego bólem policzka.
Jednak nie to jest najgorsze.

Żal i nienawiść w jego oczach atakują serce matki, które pierwszy raz od wielu lat daje o sobie znać, a po twarzy kobiety spływają pojedyncze łzy. Siada obok chłopaka. Oboje płaczą, wpatrując się w swoje zranione twarze.
- Wybacz mi, synku – szepcze. – Nie mogę zmienić zdania…

Godzinę później oboje siedzą przy bogato zastawionym stole, nie odzywając się do siebie.
Chłopak bez celu przygląda się jedwabnej serwetce i zastanawia się jaka siła pokierowała nim, by zgodził się zostać. Dzwonek do drzwi jest pierwszym odgłosem, który przerywa głuchą ciszę.
Niechętnie opuszcza krainę swoich myśli, przenosząc wzrok na matkę. Ma przeczucie, że to ona powinna otworzyć i powitać gości w ich domu. Kobieta wstaje i rusza w stronę przedpokoju, a chłopak odlicza ostatnie sekundy samotności i wzdycha głęboko.
Po chwili w salonie pojawiają się trzy osoby. Matka trzyma za rękę niską i pulchną kobietę, zapewne to o niej mówiła.
Tuż obok stoi dziewczyna, wygląda jakby była w jego wieku. Jest ładna. Jej drobną twarz okalają miedziane loki, a policzki płoną rumieńcem.

Tak różne… - łapie się na błądzeniu myślami po wydarzeniach ostatnich godzin.
Spotkanie przebiega spokojnie. Marco i Charlotte, w przeciwieństwie do swoich matek nie są zainteresowani rozmową i nie odzywają się nawet słowem. Mimo to, obie kobiety są pewne, że przypadli sobie do gustu.
Jedynym zdaniem, jakie brunetowi udaje się usłyszeć i zapamiętać, jest to oznajmujące o dacie uroczystości ślubnych. Rejestruje również moment, w którym matka wspomina o zaręczynach, a jej przyjaciółka z denerwującym, francuskim akcentem odpowiada, że wszystko jest już załatwione i rozesłała zaproszenia.
Głos więdnie mu w gardle i nie jest w stanie wypowiedzieć jednego słowa. Jego przyszła żona nagle odzyskuje mowę i komentuje wszystko z szerokim uśmiechem. Widać, że przeciwieństwie do chłopaka jest podekscytowana małżeństwem i nawet fakt, że nigdy wcześniej się nie spotkali, nie przeszkadza jej w opowiadaniu o tym, jak idealnie do siebie pasują i jacy będą szczęśliwi.

I ja mam się ożenić z taką pustą wariatką?! – Federico wyraźnie markotnieje i zaciska dłonie w pięści. Kolacja trwa dla niego o wiele dłużej niż w rzeczywistości jest.
Kiedy obie kobiety wreszcie opuszczają dom, chłopak bezsilnie opada na skórzaną kanapę. Łzy spływają po jego twarzy, choć tak bardzo chciałby, by ich nie było.
Matka patrzy na niego zdziwiona, w jej oczach nie odnajduje zrozumienia.
- Mamo. Ja nie mogę… Nie mogę tego zrobić – krzywi się i chowa twarz w pokaleczonych dłoniach.
Sam nie wie, dlaczego to mówi. Szansa, że matka choć raz go posłucha jest jedna na kwadrylion, a może nawet mniejsza. Oczywiście nie myli się, zna ją aż za dobrze.
- Ale musisz – na dźwięk głosu matki, w którym słyszy delikatne wahanie, wstaje i chwyta pierwszą lepszą bluzę. Zakłada buty i wybiega z domu, nie zwracając uwagi na powtarzającą jego imię kobietę.

Kieruje się prosto do parku, pod ogromne drzewo. Nie ma pewności, że znajdzie tam to, czego szukał, ale wydaje mu się, iż ktoś szepcze mu do ucha, że właśnie to ma teraz zrobić.
Zatrzymuje się tuż przed rośliną i podnosi lewą nogę, by kopnąć drobny kamyk. Unosi głowę i wpatruje się w coraz ciemniejsze obłoki, które pozwoliły słońcu odpocząć i skupiły się na przysłanianiu mniejszych gwiazd. Tych, które nie potrafią albo nie chcą dopasować się do konstelacji. Kształty, jakie tworzą są tak skomplikowane i różne, jak ludzkie życia.
Przenosi wzrok na gałąź ostatnimi siłami utrzymującą się przy drzewie. Sięga ręką, by ją wyrwać i złamać, a następnie odrzucić daleko tak, jak ktoś to zrobił z jego sercem.

- Zostaw. Co takiego zrobiło ci to drzewo? Zostaw – delikatny głos sprawia, że znów zapomina, co tak naprawdę chciał zrobić.
Hipnotyzująca ciepła barwa zatrzymuje krew, zamraża mięśnie i zastępuje tlen, sprawiając byś o nią błagał.
- A co takiego ja im zrobiłem? Nikt mnie nie pytał. Nie było dla mnie litości. Ale przecież o tym też wiesz, prawda?
- Wiem więcej niż myślisz, ale o wiele mniej niż ci się wydaje – odpowiada, unosząc prawą dłoń i palcami odgarniając kosmyki włosów z twarzy.
Materiał jej błękitnej sukienki układa się falami na jej kolanach, a cienka, złota oblamówka odbija światło wschodzącego księżyca. Przenosi splecione w warkocz pasma na prawe ramię, zahaczając o jasnoniebieskie ramiączko, które delikatnie zsuwa się na jej obojczyk.
–Usiądź.
W zupełnej ciszy i osłupieniu spełnia jej prośbę. Zajmuje miejsce obok niej. Nocne powietrze niczym najcieńsza tkanina owiewa jego twarz. Ostatnie śpiewy ptaków cichną.

I znowu ta cisza, której nie rozumie. A może nawet się jej boi. Cisza jest tak krucha. Ogromna siła, którą tak łatwo można zniszczyć jednym słowem. I przestaje być tym pięknym, choć przerażającym zjawiskiem.
Podciąga się na łokciach i opiera ramiona o chropowatą powierzchnię pnia drzewa. Przesuwa się w prawo, gdy wypukły spróchniały konar zajmuje miejsce pod jego łopatką, wbijając się niemiłosiernie. Głęboko oddycha, wypełniając swoje płuca świeżym powietrzem, którego tak bardzo im brakuje. Marszczy nos, gdy uderza w niego delikatny aromat jej perfum. Przekręca głowę, a jego oczy chcą patrzeć tylko na jej jasną twarz.
- Nic z tego nie rozumiem –nieświadomie marnuje wysiłek, który oboje włożyli w otaczającą ich ciszę, uwalniając męczące jego myśli zdanie.
- Nie musisz rozumieć. Ważne jest to, co czujesz – podziwia lekkość z jaką wypowiada słowa i zdolność do łączenia ich w niejasne, ale piękne całości.
- Kim jesteś? Jak masz na imię? – pytania nurtują jego duszę, choć zdaje sobie sprawę, że wybrał najgorszy moment, by je zadać.
- Nieważne jest to kim jestem, ale dlaczego tu jestem – kolejna odpowiedź jest następną skomplikowaną wskazówką, a droga do jej rozwiązania jest długa i kręta.
- A dlaczego… - zaczyna, lecz spojrzenie dziewczyny nie pozwala dokończyć myśli.
Blondynka ostrożnie przesuwa lewą dłoń, tak, by jej palce stykały się z placami chłopaka.
- Jestem Ludmiła.
- Jestem Federico.

Na ich twarzach widnieją uśmiechy, a dłonie są splecione w uścisku, którego nie jest w stanie rozerwać żadna siła tego świata. Chłopak unosi rękę, nie puszczając dziewczyny i ostrożnie zbliża ją do siebie. Delikatnie całuje każdy palec lewej dłoni blondynki. Rozmawia z nią zaledwie drugi raz w życiu, ale czuje między nimi więź. Tak, jakby znał ją od dawna. Może właśnie tak było. Spojrzenia, które wymienili przez te kilka lat wystarczyły, by stała się dla niego bardzo ważna. Ważniejsza od wszystkiego.
Delikatny głos dziewczyny przerywa ciszę, która tym razem nie była niezręczna, a dawała spokój i ukojenie. Melodia wypływająca z jej ust nie kaleczy milczenia, a jedynie je upiększa.
Nuci piosenkę, która wydaje mu się znajoma.
Otwiera usta, a słowa same wypływają z jego ust.
Ich głosy doskonale się dopełniają tworząc niemal namacalne złoto.

There’s a feeling
I get when I look to the west,
And my spirit is crying for leaving.
In my thoughts
I have seen rings of smoke through the trees,
And the voices of those who stand looking.

And it’s whispered that soon if we all call the tune
Then the piper will lead us to reason.
And a new day will dawn for those who stand long
And the forests will echo with laughter.

And she’s buying a stairway to heaven…

Powrót do domu zajmuje znacznie dłużej niż zwykle. Myśli krążą wokół jednej osoby, a serce płacze, gdy przypomina sobie o tym, co je czeka. Nerwy spowodowane nieuniknioną konfrontacją z matką schodzą na drugi plan.
Wszystko schodzi na dalszy plan, bo właśnie odnalazł sens najbliższych lat.
Odruchowo spogląda na zegarek spoczywający na jego lewym nadgarstku. Mija godzina odkąd wyszedł z domu, a jemu wydawało się, że czas zatrzymał się w miejscu i przeżyli swoją własną, prywatną wieczność. Wieczność zamkniętą w tych kilkudziesięciu minutach, które spędzili razem.

Światło księżyca pada na szkiełko zegarka, odbijając je na korony drzew. Niektóre liście jakby świecą.
Przyspiesza, niemal biegnąc.
Zatrzymuje się na dziedzińcu przed domem i kieruje swoje kroki do fontanny w ogrodzie. Staje tuż przed nią i podnosi dłonie, by nabrać w nie odrobinę wody. Przemywa twarz, próbując pozbyć się każdego mankamentu dzisiejszego dnia. Czuje na policzkach chłodny powiew wiatru. Krople życiodajnego napoju rozpryskują się dokoła, zostawiając małe ślady na ubraniach chłopaka.
Gdy przekracza próg salonu, matka stoi niemal w tym samym miejscu, w jakim była, gdy ją zostawił. Jej pusty wzrok jest utkwiony w bogato zdobionym żyrandolu. Słysząc kroki chłopaka, odwraca się i siada na kanapie, oczekując, że syn zajmie miejsce obok niej. Chłopak spełnia jej niemą prośbę.

Otwiera usta, by zacząć rozmowę, ale kobieta przerywa mu, nim jeszcze usłyszy co takiego chciał powiedzieć.
- Doskonale wiem, co próbujesz mi przekazać, synu – zaczyna dość oschle, lecz każde kolejne słowo wypowiada coraz spokojniej i cieplej. – Ale ten temat jest już zakończony.
- Nie pozwoliłaś mi dojść do słowa. Zawsze tak robisz, bo chcesz mieć nade mną przewagę - zdania płynące z jego ust brzmią jak najpodlejsze przekleństwa.
- Wiesz dobrze, że chcę dla ciebie jak najlepiej.
- Nie mogę się z nią ożenić!
- Ale to zrobisz.
- A jak to było z tobą i ojcem?! – od dawna nie używał już słowa „tata”. Słowa syna uderzyły w kobietę ze zdwojoną siłą. Unosi dłoń w geście obronnym i przykłada ją sobie do serca. Przechyla głowę w prawo, wpatrując się w jakiś oddalony punkt tak, jak to się robi w filmach przy retrospekcjach. Kilka głębokich oddechów w niczym nie pomaga, a powietrze jest coraz bardziej duszące.
Otwiera usta, lecz po chwili zamyka je. Nie mówi już nic. Chłopak kiwa głową.
- Tak właśnie myślałem.
Wstaje i wychodzi z ogromnego salonu. Z trudnością pokonuje kolejne stopnie krętych schodów. Wreszcie wyłania się przed nim upragniony obraz drugiego piętra. Podchodzi do jasnobrązowych drzwi i chwyta za klamkę, która od razu ustępuje. Wchodzi do środka i siada na łóżku, opierając głowę na kolanach. Po chwili podnosi się, kierowany impulsem.

Pierwszym, po co sięga, jest stojąca na francuskiej komodzie fotografia oprawiona w dębową ramkę. Widnieje na niej twarz młodego mężczyzny o ciemnobrązowych oczach i kręconych włosach podobnego koloru. Pod tym względem zawsze byli tacy sami.
- I co tato? Powiedz mi co ja mam teraz zrobić? Przecież ja jej nie kocham. Nawet jej nie znam. Dlaczego matka tak bardzo chce tego ślubu? Mam wrażenie, że zamierza się mnie jak najszybciej pozbyć. Ja tylko przypominam jej o tobie – pojedyncze łzy spływają po twarzy chłopaka, a jego policzki są zaróżowione. – Nienawidzę cię! Po jaką cholerę musiałeś umierać?! Gdyby nie to, bylibyśmy normalną rodziną! – strumień słonych kropli zostawia piekące ślady na skórze chłopaka. Oczy szczypią niemiłosiernie. – I tak byłbyś po jej stronie… Ale wiesz co?! Mam to gdzieś! Nie ożenię się. Pieprzę to. I wiesz co jeszcze ci powiem tatusiu?! Kocham kogoś innego. Nic poza tym się nie liczy… - siada na podłodze przy łóżku, nie wypuszczając zdjęcia z rąk. – Tak bardzo chcę żebyś był tu ze mną… - szlocha, a płacz i cierpienie doprowadzają go do krainy Morfeusza.
Zasypia z fotografią ojca tuż pod sercem.

Budzą go pierwsze promienie słońca i dźwięki ptaków śpiewających tuż za uchylonym oknem. Niedbale podnosi się i z grymasem na ustach stwierdza, że boli go całe ciało.
Sięga pamięcią do poprzedniego dnia i przypomina sobie, że całą noc spędził na podłodze. Klnie pod nosem. Spogląda na sufit i zwraca się do ojca.
– To też twoja wina.
Podchodzi do drzwi i z niepokojem zauważa, że nie jest w stanie ich otworzyć i to z powodu braku siły. Wizyta pod prysznicem przywraca mu trzeźwość myślenia. Staje przed lustrem i przygląda się włoskim rysom swojej twarzy. Ślady pod oczami świadczą o nieprzespanej nocy. Odkręca kurek i niemalże zanurza całą twarz w lodowatej wodzie. Przejeżdża dłonią po włosach, nadając im pożądany kształt. Wraca do pokoju, po drodze zakładając błękitną koszulę. Wyjmuje z szafy czarne, wąskie spodnie. Kompletuje swój strój i zbiega na dół po schodach.
Po drodze zerka na stojący w przedpokoju zegar z wahadłem. Zdziwiony orientuje się, że jest już po południu. Zagląda do kilku pomieszczeń, ale jego matki nie ma w żadnym z nich.
Jedyne co znajduje to koperta leżąca na stole. Nie jest to jednak żadna wiadomość od kobiety, a jedno z zaproszeń na domniemane wesele. Podnosi kartkę i dokładnie wczytuje się w treść. Potrzebuje chwili, by zrozumieć.

Jutro.
Jutro?!
Czyta ponownie i stwierdza, że w niczym się nie pomylił.
J u t r o.
Wkłada do kieszeni leżące na etażerce klucze i wybiega z domu. Pierwszym, co czuje, jest chłodne powietrze. Tego dnia jest znacznie chłodniej, niż poprzedniego. To daje pewnego rodzaju orzeźwienie, nie tylko w dosłownym znaczeniu.
Jego wzrok mimowolnie kieruje w stronę ogromnego drzewa, które, jak się okazało, jest klonem. Myśli zmierzają ku pięknej blondynce, która w tak krótkim czasie zajęła najwyższe miejsce na podium serca. Na jego twarz wpełza szeroki uśmiech, który niczym gumka wyciera wszystkie przykre wspomnienia z umysłu. Kolejne kroki nie sprawiają mu już takiego problemu, jak wcześniej.

Zbliża się w upragnione miejsce powoli, lecz pewnie, stawiając stopę za stopą. Podnosi głowę, ale to, co napotyka jego wzrok, jest zupełnie inne od jego marzeń. W jednej chwili wszystko, co sobie postanowił traci sens, a on zaczyna widzieć słuszność w słowach matki.

Po raz pierwszy od kilkunastu lat miejsce pod ukochanym drzewem jest puste, a dookoła widnieje tylko jeden cień. Unosi głowę, przyglądając się chmurom. Żadna z nich nie układa się w sensowny kształt. Zawsze mu się wydawało, że obłoki po prostu robią sobie żarty z ludzkich pragnień, tworząc akurat to, o czym człowiek pomyśli, ale tylko po to, by obserwować ból i cierpienie.
- Najpierw ty mnie zostawiłeś, a teraz ona… - ciska swoimi myślami w bezkresną linię nieba.
Przenosi wzrok na pusty plac zabaw. Podchodzi do huśtawki i ostrożnie podnosi dłoń, przejeżdżając palcami po szorstkich sznurkach tworzących linę. Siada na starej, spróchniałej desce i uświadamia sobie, że nigdy wcześniej nie miał okazji tego zrobić.
Wpatruje się w jasny punkt gdzieś w oddali. Tak bardzo jej teraz potrzebuje. Wspomina te krótkie chwile, które udało im się spędzić razem. Łapie się na myślach, że to ona powinna stanąć z nim na ślubnym kobiercu.
Ile by dał żeby Ludmiła zajęła miejsce francuskiej Charlotte…
Przesuwa się niespokojnie, czując czyjś dotyk na ramieniu. Ociera łzy, wstaje i odwraca się.

Wiatr delikatnie rozwiewa długie loki blondynki oraz materiał jasnoróżowej sukni.
Chłopak podnosi prawą dłoń i złącza swoje palce z palcami lewej dłoni dziewczyny. Mruga, nie wierząc w to, co widzi. Myślał, że odeszła i nigdy więcej jej nie zobaczy.
- Dlacze…
- Potrzebowałeś mnie, więc jestem – nie wie, jak wiele znaczą te słowa.
Nie czeka już na więcej słów. Obejmuje lewą ręką jej talię i zbliża się do niej.
Ostatnim, co widzi jest błysk rozświetlający jej brązowe oczy.
Potem przymyka powieki i łączy ich usta w pierwszym pocałunku.

Ostrożnie podciąga się na łokciach, a głowa dziewczyny spoczywa na jego ramieniu.
Minęło kilka godzin, choć im wydaje się, że zaledwie kilka minut. I w ciągu tych kilku minut nie odezwali się do siebie ani razu. Nie poruszali się, ani nie oddychali.
Jedynym, potrzebnym do życia czynnikiem była obecność drugiej osoby. Wpatrując się w oddaloną rzeczywistość widzieli przed oczami swoje twarze i uśmiechy.

Federico nigdy nie rozumiał na czym polega miłość. Nie miał osoby, od której mógłby doświadczyć podobnego uczucia. Teraz, gdy myśli o Ludmile, czuje przyjemne uczucie w żołądku i może to jest właśnie to.
Uśmiecha się w myślach, przypominając sobie chwile, w których dostawał od matki nowe zabawki. One miały wynagrodzić mu brak ojca i prawdziwego dzieciństwa.
Udawało się.
Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie był tak szczęśliwy z powodu niczego.

Aż do chwili, kiedy naprawdę poznał Ludmiłę i zorientował się, że nie miał pojęcia o prawdziwym szczęściu. O niczym nie miał pojęcia.
- Co byś zrobił, gdybyś obudził się jutro i okazałoby się, że to ostatni dzień twojego życia? – pyta znienacka blondynka.
Nie musiałbym się żenić… - myśli, lecz nie mówi tego głośno. Czuje, że odpowiedź na pytanie nie może być banalna.
- Przyszedłbym tutaj. I powiedział ci, że jeśli jutro ma się skończyć świat, to chcę ten ostatni dzień spędzić tylko z tobą. Tak jak całą wieczność. Bo świat bez ciebie mi się nie podoba i nie chcę bez ciebie żyć – wypowiada jednym tchem.
- Przecież bierzesz ślub – gdyby w tym momencie stał, z pewnością by usiadł. Słowa dziewczyny sprawiają, że traci oddech, a głos więźnie mu w gardle. Nawet nie zastanawia się, skąd ona ma takie informacje. Dałby sobie uciąć rękę, że całe miasto wie o tym ślubie więcej niż on sam.
- Nie. Nie chcę tego. Moja matka tego chce.
- Najważniejsze jest to, czego ty chcesz. Co czujesz.
- To nigdy nie było ważne.
- Tylko od ciebie zależy, czy kiedykolwiek będzie. Udowodnij, że twoje uczucia są coś warte.

Chłopak wstaje i otrzepuje spodnie z ziemi oraz liści. Zaskoczona dziewczyna patrzy na niego, choć nie odzywa się ani słowem. Podnosi się i staje naprzeciwko niego. Ten chwyta jej dłoń i kolejny raz łączy je w nierozerwalnym uścisku. Uśmiecha się i delikatnie całuje jej palce.
Tak bardzo ci dziękuję… - szepcze tak, by tylko ona usłyszała.
Patrzą na siebie w ciszy.

I znów ta cisza… Wymarzona. Tak piękna. Ubłagana. Potrzebna. Kojąca.
Odsuwa się, wypuszczając jej dłoń. Czuje dziwną pustkę w sercu, gdy tylko się oddala. Pustkę, którą tylko ona potrafi wypełnić. Jej oczy, jej śmiech –najpiękniejszy dźwięk na świecie, jej słowa…
Stawia kilka kroków i zatrzymuje się, kierowany nagłym pragnieniem odpowiedzi na wszystkie pytania. Ale zadaje tylko jedno.
- A ty co byś zrobiła?
- Wypełniła swoje zadanie i… odeszła.

Nie takiej odpowiedzi się spodziewał i nie potrafi jej zrozumieć. Tyle zagadek wypływających z ust jednej dziewczyny… Przez chwilę patrzy w jej oczy, doszukując się wyjaśnień, ale nie znajduje ich.
Obraz malujący się w tęczówkach blondynki jest pełen uczucia przeszytego iskierkami smutku.
Chce jej pomóc, choć doskonale wie, że nie może. Zostawia ją tam tak, jak ukochaną zabawkę. Zostawia codziennie w tym samym miejscu z nadzieją, że gdy następnego dnia wróci, znów ją tam ujrzy. Nie. To zupełnie nie tak. Zabawkę można wymienić, gdy się zepsuje. Kupić nową, gdy się zgubi.
Ale miłości nic mu nie zastąpi. Ta miłość jest jak sen, z którego nie chce się obudzić, ale gdy już się obudzi, zniknie na zawsze. Jest powietrzem, wodą, krwią płynącą w żyłach, a gdy się kończy zabiera te wszystkie życiodajne siły ze sobą. Byś poczuł, że bez niej sobie nie poradzisz.
Że bez niej nie możesz już żyć…

Również po powrocie do domu nie znajduje matki w salonie. Kieruje się do kuchni i otwiera pierwszą z brzegu szafkę, wyjmując z niej szklankę. Otwiera butelkę soku jabłkowego i wypełnia nim naczynie do połowy. Bierze duży łyk i odkłada napój.
Patrzy na wiszący na ścianie kalendarz. Jutrzejsza data jest zaznaczona na czerwono. Wychodzi z kuchni i kieruje się na schody. Pokonuje kolejne stopnie z lekkością, której nie czuł od kilku dni.
Dotarcie do pokoju uniemożliwia mu odgłos płaczu płynący z sypialni matki. Przez chwilę wydaje mu się, że ma omamy słuchowe, ale dźwięk nasila się. Staje pod drewnianymi drzwiami, które są lekko uchylone. Z pomieszczenia bije ciepło, jakiego wcześniej nie czuł i nie jest to spowodowane jedynie temperaturą.
Opiera się o ścianę przy drzwiach, zastanawiając się, czy powinien tam wejść. Z miejsca, w którym stoi, płacz matki wydaje się niezwykle wyraźny, a on niemalże czuje jej łzy na swojej twarzy. Każda z nich powoduje ukłucie w jego sercu. Zbiera w sobie wszystkie siły i wciąga powietrze, lecz po chwili wypuszcza je, a wraz z nim ucieka z niego życie.
Podnosi dłoń i naciska na klamkę, ciągnąc delikatnie. Przymyka powieki, jakby bojąc się obrazu, jaki się przed nimi maluje. Robi krok do przodu i otwiera oczy. Brązowowłosa kobieta siedzi na łóżku, zwinięta w kłębek. Tuż przed nią leżą rozrzucone albumy ze starymi zdjęciami. Kroki chłopaka są coraz śmielsze.
Podchodzi do łóżka i siada na rogu. Sięga po jeden z zeszytów, otwarty dokładnie na środku. Na pożółkłej kartce zapisany jest fragment listu.

... kiedyś uciekniemy i wreszcie będziemy mogli być razem.
Nie martw się.
Najważniejsza jest nasza miłość.
Gdziekolwiek będziemy, najważniejsze byśmy byli tam razem.
I nic nas nie rozdzieli…

W tym miejscu kartka jest przerwana. Nic dalej.
Słowa zapisane na papierze nie dają jednak chłopakowi spokoju. Z tęsknotą w oczach spogląda na matkę, która patrzy na zeszyt, jakby był najgorszym przekleństwem.
- Poznaliśmy się zupełnie przypadkiem. Byłam kelnerką. Nie wiem, jak to się stało, że taki ktoś jak on trafił do tak obskurnego miejsca, jakim była kawiarnia, w której pracowałam. Na jego widok… zaparło mi dech w piersiach. Energicznie zabrałam z blatu tackę z kawą i ruszyłam do jego stolika… Pech chciał, że potknęłam się, a zawartość filiżanki znalazła się na jego koszuli. Byłam pewna, że zawiadomi szefa i mogę pożegnać się z pracą, nic podobnego jednak się nie stało. Następnego dnia zjawił się tam o tej samej porze, a ja znów podałam mu kawę, tym razem bez większych wypadków – ociera łzy, a na jej twarzy pojawia się delikatny uśmiech. – Siedemdziesiąt kaw później zaprosił mnie na naszą pierwszą randkę. Sto dwadzieścia jeden kaw później oświadczył mi się, a czterdzieści trzy kawy później wzięliśmy ślub. W tajemnicy –odruchowo łapie się ręką za serce, a chłopak słucha jej tak uważnie, jak nigdy wcześniej. – Byłam inna. Nie pasowałam do jego świata. Zaburzyłam wszystkie jego plany na przyszłość. Idealny ślub z idealną kandydatką. Nie chcieli mnie zaakceptować. Dla nich byłam jak ktoś… brudnej krwi. Gorsza. Do dziś nie wiem jak to się stało, że udało mi się znaleźć wspólny język z jego matką. Może wreszcie zrozumiała, że szczerze się kochaliśmy… - podnosi głowę, przełykając ślinę i zaciska usta, próbując powstrzymać łzy. Zamiast tego uśmiecha się szeroko i kiwa głową. – Wiesz, że dopiero dziś odważyłam się otworzyć kopertę z jego rzeczami? Osobiste zapiski, najbardziej intymne listy… Sięgnęłam po jedną z nich, zaadresowaną do mnie. Napisał mi… - parska. – Że robiłam najgorszą kawę na świecie. A to była za gorzka, a to nie dodawałam mleka, które tak uwielbiał… A mimo to przychodził i pił ją z uśmiechem. Dla mnie.
Zaskoczony wpatruje się w tęczówki matki. Wiedział, jak poznali się rodzice, ta opowieść jednak różni się pewnymi szczegółami. Drga, gdy dłoń matki zaciska się na jego palcach.

Jej dotyk jest dla niego prawie zupełnie nowym uczuciem. Opuszki jej palców są mokre od ocieranych łez i zabarwione tuszem. Strach w oczach matki świadczy o niepewności związanej z próbami pogłębienia panującej między nimi bliskości.
Matczyne uczucia dają o sobie znać i pod wpływem impulsu mocno przytula chłopaka do swojej piersi. Ten nie protestuje, a pewnie opiera głowę o jej ramiona.
- Zrozumiałam, że się myliłam – mówi, gdy odsuwają się od siebie. – Nie mogę cię zmuszać… Przypomniałam sobie, jak to jest naprawdę kochać. Przeżywać najpiękniejsze uczucie na świecie – patrzy na niego czule, a po chwili kontynuuje swoją myśl, kierowana nagłym pomysłem. – A ty, synku… Czy przeżywasz teraz piękną, prawdziwą miłość? Nieskończoną i rządzącą się własnymi prawami, ale wyjątkową i piękną? – on tylko kiwa głową, choć nie potrafi w żaden sposób okiełznać myśli kłębiących się w jej wnętrzu.
Ma ochotę krzyczeć ze szczęścia, ale zamiast tego zapada między nimi cisza. Cisza, która jest najlepszym lekarstwem.

Budzi się rześki i wypoczęty z nadzieją na lepsze dni. Poranne czynności wykonuje niemal z prędkością światła.
Zbiega na dół, do kuchni i wita matkę szerokim uśmiechem. Spojrzenie w stronę kalendarza nie wywołuje już dreszczy na jego ciele. Na pytanie, czy jest głodny, odpowiada przecząco.
Myśli tylko o tym, by opowiedzieć blondynce o zmianie decyzji swojej matki i o tym, jak bardzo ją kocha. Dziwne przeczucie podpowiada mu, że ona wiedziała o tym wcześniej, niż on. Podchodzi do okna, by jak za dawnych czasów otworzyć je, stanąć jak najbliżej i przyjrzeć się jej pięknej twarzy.
Czuje dziwne ukłucie w sercu, gdy okazuje się, że wcale jej tam nie ma. Jego puls przyspiesza, ale uspokaja się, gdy przypomina sobie sytuację poprzedniego dnia. Nie tłumacząc się zdziwionej kobiecie wybiega z domu, kierując się pod ogromne drzewo. Potyka się o drobny kamień, ale utrzymuje równowagę i przyspiesza kroku, by jak najszybciej znaleźć się w ukochanym miejscu.
Widok, jaki napotyka jego wzrok sprawia, że serce pęka mu na milion kawałeczków. Nie ma jej. Świat wiruje, a wszystko, co do tej pory znał traci sens.

Wróci.
Za chwilę tu przyjdzie, uśmiechnie się, przecież tak bardzo jej potrzebuje.
Wróci.
Dlaczego wydaje mu się, że w jego myślach nie ma cienia prawdy?
- Ona nie wróci – szepcze, szlochając. Siada pod drzewem, chowając głowę między kolanami. Czuje chłód spowodowany brakiem jej osoby i pustkę, którą tylko ona może wypełnić.
Boże, oddałeś mi matkę, ale dlaczego w zamian musiałeś zabrać mi ją? – wzywa Stwórcę, oskarżając go o całe swoje nic nieznaczące życie.
Podciąga się na łokciach, przesuwając się w prawo. Łzy spływają po jego policzkach. Krzyczy. Opiera się na prawej dłoni i nagle czuje pod nią jakiś przedmiot.

Jego palce dotykają miejsca zaklejenia koperty. Podnosi ją z ziemi i ostrożnie otwiera, tak, by nie zniszczyć zawartości.
Papier jest przesiąknięty zapachem jej perfum. Napawa się nim, ocierając łzy.

Już wiesz, dlaczego tu byłam.
A teraz żyj dalej.
Do zobaczenia kiedyś.
Kocham Cię.
Ludmiła

Już nie płacze.
Zapada cisza..

~~~~
Tadaaaaaaaaaaam! ;)

Wybaczcie za smutne zakończenie... to znaczy, niesmutne, bo Lu napisała "do zobaczenia kiedyś", więc... może będzie kolejna część shota? ;D

A tak z mojej głowy;
W tym shocie chodziło o to, że Ludmiła jest Aniołem Federico ♥ To była moja główna inspiracja :)
Więc... to tyle, buziaki :*
Wiki ;)

środa, 29 lipca 2015

One Shot "Nasza miłość"

Dla Julki <333
Za to, że.. Po prostu jest przy mnie i mnie wspiera, gdy najbardziej jej potrzeba.
Słowa nie wyrażą, jak bardzo jesteś dla mnie ważna, aniołku <333
Kocham cię, cegło <333

~~~~~~

Czytam, dotykam, próbuję złapać...
Tą chwilę, która zamyka mnie w tej klatce wieczności.
Analizuję...
Każdy moment, sekundy.
Twój oddech na mej szyi - wciąż tak świeży, ogrzewający skórę, wręcz palący - niczym twój dotyk.
Przesiąknięty zapachem starej miłości - bo podobno nie rdzewieje.
A jednak czasem coś staje na drodze i wadzi.
Nawet dwóm sercom powstałym z jednego korzenia, posiadających te same kwiaty.
Identycznym, jednak różnie wyblakłym od słońca.

Naglę czuję cię...
Rozmazany zarys, jak świeży tusz, jeszcze ciepły, rozciągnięty palcem po kartce.
Cień pragnący światła, ogień czekający na deszcz.

Chcę...
Oddychać tobą, chłonąć każdą sekundę twojej skóry.
Zakryć ci ramię starym swetrem (pachnącym - jak mówiłaś - gorącą czekoladą, którą tak kochałaś).
Odgarnąć włosy z oczu.
Przyjrzeć się swojemu odbiciu (twoje oczy... tak dokładnie mnie zapamiętały).
Pomalować ci usta pocałunkami, najlepszym lekarstwem na kilka małych ran (niby nie bolących, a jednak tak dokuczliwych).
Otrzeć łzę z policzka - widząc drżenie twych powiek (niczym trzepoczące skrzydła motyli).
Ogrzać dłonie oddechem - bijąc się z chłodnym wiatrem.
Przyciągnąć do siebie - bo tak kochałem twój uśmiech.
Czasem rozbawić - bo nie lubiłem twoich łez.
Chwycić twą dłoń i już jej nie puszczać.
Odetchnąć spojrzeniem zmęczonych oczu.
Poczuć niepewność stęsknionych palców.
Zadrżeć pod dotykiem niesionych wiatrem włosów.
Widzieć rozdrażnienie ust rozpaczliwie szukających moich.

Chcę...
Utulić cię do snu swoją obecnością.
Dodać pewności nieśmiałym spojrzeniem, roztopić nim lód twego serca.
Ocierać tęsknoty ciepłymi słowami.
Kraść smutki i chować na najwyższej półce.
Śmiać się w rytm bicia twojego serca.
Oddychać połową twojego oddechu.
Zatęsknić za zapachem skóry wilgotnej po kąpieli.
Obserwować cię skupioną.

Chcę...
Byś była moim odbiciem.
Byś mogła słuchać brzmienia mojego głosu.
Byś zobaczyła, jak nieświadomie rysuję cię w pamięci.
Byś wiedziała, ile czasu szlifowałem wspomnienia o tobie.
Byś była.
Tu i teraz.

Ten cień to ślad, który nieświadomie zostawiłaś. Twoja przezroczystość parząca w dłonie, a tak kojąca dla serca. Dowód twojej prawdziwości, nie mojej fanaberii, nie snu, którym jesteś teraz.
Lubię go czuć, jak spojrzenie wyryte na tafli lustra. Jednakowe, a jednak różne. Prawdziwe, lecz nierealne.

Jesteś...
Myślą.
Chwilą.
Pragnieniem.
Dotykiem.
Pocałunkiem.
Uśmiechem.
Emocją.
Sercem.
Powietrzem.
Przestrzenią.
Nicością.

Jesteś...
Niebem.
Gwiazdą.
Ciepłem.
Wiatrem.
Deszczem.
Ogniem.

Jesteś...
Krawędzią.
Linią serca narysowanego na kartce.
Okruchem ciastka z orzechami.
Łykiem gorącej czekolady.
Literą.
Dźwiękiem.
Biciem mego serca.
Mrugnięciem.
Wszystkim.

Chwytam się ciebie - wspomnienie - dotykiem. On istnieje, tylko nikt go nie widzi. Nikt oprócz nas.
Uwierz we mnie, uwierz w to, a wtedy go poczujesz, jak nerwowo szuka twoich palców, by je spleść ze swoimi.

Istniejesz...
W mojej pamięci.
W trwałej myśli.
W każdej sekundzie.
W oddechach.
W zamknięciach oczu.

Istniejesz...
W słowach.
W spojrzeniach.
W snach.

Istniejesz...
W mojej i twojej przeszłości.
We mnie.

Myślę, tęsknię, wierzę... Że jeszcze się spotkamy.
Bo żadna miłość nie umiera do końca.
Nawet ta nasza. Tak raniąca, jak naostrzony metal.
A do wtedy, Francesco...
Żyj sobie w mojej pamięci.
I nawiedzaj mnie czasem snach.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

To coś wyżej to Leonesca tak dla ścisłości.
Mam nadzieję, że się spodoba :)
Do - mam nadzieję szybkiego - zobaczenia, aniołki <333

wtorek, 23 czerwca 2015

One Shot "Szept Anioła"

- Powiedz mi, jak cierpisz.
- Powiem.
- Więc?
- Cierpię chodząc, cierpię leżąc i wylewając łzy. Cierpię, myśląc. Myśląc o życiu, o tym, co miałam i co straciłam. Cierpię oddychając, chciałabym to zatrzymać. Przykładam dłoń do klatki piersiowej i czuje rytmiczne uderzenia. Po co one są? Cierpię, słysząc, jak bije moje serce.

- Jak sądzisz, ile osób dostaje drugą szansę?
- Niewiele.
- Każdy. Ale nie wszyscy umieją ją wykorzystać.
- Mi się uda.
- Zobaczymy.
- Będę strzegł jej duszy, serduszka i sprawię, by była szczęśliwa. Będę jej bronił przed złem, przed pokusą, przed strachem i bólem. Pomogę jej, wnosząc radość do życia, rozświetlając twarz uśmiechem, stanę obok, gdy zajdzie taka potrzeba.

Za życia nie byłem dobrą osobą. Nie dziwię się, że zginąłem. Ktoś, kto mnie zabił, zrobił dobrze. Teraz przynajmniej ja nikogo nie krzywdzę. Staram się zapomnieć o ziemskim bycie, ale to wszystko, co się tam stało nie daje mi porzucić przeszłości.
Dostałem szansę, stałem się aniołem. Chcę odkupić winy i naprawić błędy, które popełniłem.
Muszę stanąć w obronie szczęścia ślicznej blondynki, jakiej do tej pory nie znałem. Żałuję, że nie było okazji by spotkać ją przedtem, bo jestem pewien, że gdybym dostrzegł jej serce wcześniej, ona odmieniłaby mnie.
Mógłbym pokochać ją i stać się jej księciem, rycerzem, kimś, kto mógłby wnieść światło do mroku jej umysłu.

- Nie zakochaj się w niej – Bóg ukazuje mi obraz tajemniczej złotowłosej, wypowiadając słowa przestrogi. - Nie wolno ci jej uwieść, ani oddać swojego serca. A teraz idź. Wrócisz, gdy Mercedes pozna smak spełnienia.
Kiwam głową, zadanie nie wydaje się trudne. Do tej pory byłem niezdolny do uczuć, więc jestem przekonany, że nie będę w stanie zatopić się w jej oczach.
Stało się. Zostałem zesłany na ziemię, gdzie powiew delikatnego wiatru przyniósł za sobą zapach uczuć... Mogłem przybrać ludzką postać w obliczu konieczności.
Zjawiłem się w małym pokoju. Wokół panuje półmrok, w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach stęchlizny, a do uszu dobiega dźwięk czyjegoś szlochu. Wysilam wzrok i dostrzegam drobną postać skuloną w koncie. Przyklękam przy niej.
- Mechi – szepczę, choć wiem, że nie może mnie usłyszeć. Jestem tylko duszą. - Mer...
- Po co ja w ogóle żyję? - mówi do siebie przez łzy. - Nie powinnam tu być. To nie jest mój czas. Nikt mnie nie potrzebuje, nikogo nie obchodzę, jestem beznadziejna. Tylko jedna marna dziewczyna w tą czy w tamtą, to w zasadzie żadna różnica – w dłoni trzyma żyletkę. - Bez sensu...
Nie zastanawiając się nawet sekundy, wytrącam przedmiot z jej dłoni.
- Nie będziesz się okaleczać – patrzę na nią, mimo iż wiem, że nie ma pojęcia o mojej obecności. Na widok jej zapłakanych, bursztynowych oczek boli mnie coś w okolicy klatki piersiowej.
Znikam szybko, nie mogąc patrzeć na to, jak jest jej źle. Brak mi pomysłu na pomoc, na jakiekolwiek działanie w kierunku lepszej przyszłości.
- Pomóż mi – mówię wyraźnie, wznosząc wzrok ku górze. - wiesz, że chcę dla niej dobrze. Daj mi jakąś podpowiedź. Błagam cię.
- Pokaż jej piękno, daj szansę zerknąć w gwiazdy, poznać tajemnice księżyca, skosztować promieni słońca, naucz ją rozróżniać kolory. Dasz sobie radę, Ruggero – słyszę Jego głos w mojej głowie. To takie oczywiste, takie banalne,a piękne.
Dziwnie czuję się, będąc, jak człowiek. Dusza jest wolna, niezależna, ciało to cząsteczki, to kształt, to ograniczenia, odczucia bólu, zimna i gorąca... to zło.
- Mercedes – pukam w drzwi jej mieszkanka, królestwa, osobistej krainy zapomnienia, ucieczki, wyimaginowanej rzeczywistości. - Otwórz, proszę.
Blondynka staje w progu, opiera się o framugę i patrzy na mnie swoimi dużymi oczami, zdziwiona.
- Cześć – odzywam się cicho. Nie chcę zburzyć jej idealnego świata, w którym zamyka się ilekroć coś idzie nie tak. Za każdym razem, gdy ktoś ją rani, kiedy rzeczywistość zwycięża nad marzeniami.
- Kim pan jest? - pyta zdezorientowana. Mglistym wzrokiem studiuje moją twarz, jakby chciała odnaleźć odpowiedź.
- Twoim aniołem – unoszę kąciki ust prawie niewidocznie, widzę po jej minie, że nie ma pojęcia, o co chodzi.
- Proszę sobie nie żartować, jeżeli nie przychodzi pan z konkretną sprawą, to proszę mnie nie nachodzić, dobrze? -próbuje zamknąć drzwi, ale ja w porę zatrzymuję je.
- Mercedes. Tak masz na imię. Mechi – staram się mówić szybko, żeby zająć jej myśli, by przekonać do swoich racji. - Twoi rodzice zginęli w wypadku dwa miesiące temu. Tydzień później zostawił cię chłopak, a siostra poroniła. Trzy dni temu straciłaś też pracę. Jednym słowem, sypie ci się świat. Ale przecież nie zawsze było tak źle, prawda?Miałaś dobre dzieciństwo, byłaś wesołą dziewczynką ze złotymi warkoczami i zawsze w niebieskich sukienkach i pantofelkami z kokardką. Nie stroniłaś od przyjaciół, a rodzina była niemalże idealna. No ale nic co piękne nie trwa wiecznie, nie sądzisz? Ojciec zaczął pić, bił ciebie, mamę i bliźniaczkę.
- Skąd ty to wiesz? - zagryza wargę, a w oczach pojawiają się małe kropelki.
- Mówiłem już, jestem aniołem – delikatnie zamykam jej dłoń w uścisku. - To nie był żart, ani tym bardziej głupi podryw.
- Wejdź.

- Dlaczego akurat ja? - pyta, patrząc w kubek gorącej herbaty. - Czemu Bóg kazał ci pilnować właśnie mnie?
Chwytam jej nadgarstek. Opuszkami palców przejeżdżam po bliznach. Nowych, świeżych ranach i tych już dawno wygojonych.
- Bo nie znasz nadziei, zapomniałaś o marzeniach, powołaniach, utraciłaś umiejętność uśmiechu, a przecież jest on taki niezwykły... Masz wielką siłę, a ja jestem po to, by zmienić zło w dobro, żeby pomóc ci odszukać zagubioną miłość... do świata, do ludzi, do życia.
- A ty? Akurat ty?
- Bo gdybym do tej pory chodził po ziemi, zabijałbym. Byłem mordercą, niszczycielem, sadystą, kimś, kto nie zasługuje na niebo.
Widzę jak drży, najprawdopodobniej ze strachu, jej i tak blada twarzyczka przybiera kolor marmuru, staje się biała jak śnieg, a usta krwawią, od nadmiernego zagryzania ich.
- Nie bój się – lekko przejeżdżam dłonią po jej policzku, ścierając z niego słone łzy. - Nie zrobię ci nic złego, jestem dla ciebie, uwierz mi.
Mechi tylko delikatnie kiwa głową, a ja uśmiecham się do niej.
- Obiecaj mi coś –patrzę w jej źrenice. - Nie zakochaj się w mnie.
Przez chwile milczy, potem odwraca wzrok w stronę okna, które wreszcie odsłoniła, a ja już zaczynam uznawać to za zły sygnał. Mruga, otwiera usta by coś powiedzieć, jednak rezygnuje z tego zamiaru, bo nie mówi nic jeszcze przez dłuższą chwilę.
- Postaram się – wypowiada w końcu słowa, które przepełniają mnie niepokojem.

- Gdzie mnie zabierasz, Rugg? - owe pytanie, ubrane w melodyjny ton wypływa z ust Mercedech chyba po raz setny w przeciągu dwudziestu minut. Uśmiecham się do siebie, zakrywam oczy dziewczyny rękami, by mieć pewność, że nie podgląda. Nie wie, dokąd idziemy ani po co.
- Zobaczysz – muskam jej policzek, trzymając jeszcze chwilę w niecierpliwości –Mogę zabrać cię dokąd tylko zechcesz, gdzie tylko mi lub tobie się zamarzy. Mogę powieść cię w najskrytsze zakątki planety, pokazać miejsca, o których ci się nawet nie śniło. Ale wiesz co?Ty tego nie potrzebujesz. Tobie nie trzeba rubinów, byś uwierzyła w kaszmir, ani złota, żeby ujrzeć blask.
- To takie niezwykłe, co mówisz – w jej głosie słyszę wzruszenie. Nie potrafię dłużej trzymać jej z niepewności. Zabieram dłonie z twarzy Mer. Przed nią rozpościera się piękny krajobraz. Linia horyzontu sięga gór w dali, nocne niebo styka się z ziemią. Czarna płachta przeszyta lśniącą nicią – gwiazdami.
- Pamiętaj, że nawet gdy odejdę, będę stamtąd patrzył na ciebie – stoję za nią, obserwując uważnie każdy gest.
- Jak mam się w tobie nie zakochać, gdy robisz się dla mnie kimś więcej, gdy wskazujesz mi drogę, rozgarniasz mgłę, stajesz ze mną twarzą w twarz, a ja czuję jak szybko bije moje kruche serduszko. Nie znam cię zbyt długo, nie chcę tego czuć, ale to zbyt trudne, bym umiała powstrzymać miłość, jaką cię darzę. Przepraszam, przepraszam cię, zawiodłam...
Próbuje uciec, ale nie pozwalam na to. Łapie ją w swoje ramiona i trzymam jej ciałko w uścisku, przyciskam do siebie, pozwalam wypłakać się w ramie.
- Jestem słaba, wybacz mi, że nie umiem skrywać uczuć. One zalegają we mnie, zabijają mnie od środka. Nie potrafię odpowiedzieć nawet jednym słowem.
Widzę w jej tęczówkach coś, czego nigdy wcześniej nie dostrzegałem w niczyich oczach, radość kryje się pod powłoką otrzymywanej nienawiści. Unoszę, niemal niewidocznie, jej podbródek.
- To ja miałem nauczyć cię pokonać strach, a tymczasem ty pokazałaś mi jak kochać –szepcę, równocześnie składając na jej wargach delikatny pocałunek, wyrażający wszystko, mówiący więcej niż tysiąc słów.
- To złe, to bardzo złe, co robimy – płacze. Nie lubię, gdy się smuci. Wycieram jej zaróżowione poliki.
- Cichutko. Będzie dobrze, uśmiechnij się. Powiedz, czy teraz jesteś szczęśliwa?
- Ty dajesz mi radość. Chcę żyć tylko dla ciebie i wyłącznie ty możesz pozbyć się mojego smutku, jesteś moim światłem, uśmiechem, słońcem i księżycem, jesteś drogowskazem, krwią płynącą w żyłach. Jesteś moimi myślami i mym snem. Jesteś wszystkim co mam.

- Złamałeś jedyną zasadę, którą ci dałem. Zakochałeś się w niej, a ona kocha ciebie –słyszę głos w mojej głowie. Unoszę wzrok, widzę postawną sylwetkę mężczyzny. Ma łagodny wyraz twarzy. To Bóg.
- Ale tylko tak mogła pozbyć się depresji. Tylko w ten sposób, bo miłość jako jedyna może uczynić człowieka szczęśliwym, jest najlepszym lekarstwem, daje siłę. Jako jedyna łamie wszelkie przeszkody.
- Dobrze, Ruggero, chyba jednak czegoś się nauczyłeś. Masz rację, poznałeś sens istnienia, prawdę bytu, gratuluję. Wydaje mi się, że pozbyłeś się grzechu... a jednak, przekroczyłeś pewną granicę – tłumaczy wolno, zastanawiając się nad każdym wypowiedzianym słowem.
- Za błędy się płaci – spuszczam głowę. - Tyle, że Mercedes nie była błędem. Za jeden dzień u boku mojej księżniczki, mogę wytrwać i rok w piekle, byleby jeszcze kiedyś ją zobaczyć.
- Rozumiem –przytakuje. - W takim razie przebędziesz pięć lat z diabłem, a wtedy pozwolę ci wrócić do raju.

Kolejne 1826 dni 'żyłem' pod ziemią, gdzie nie dochodził nawet promyk światła, a jedynym zajęciem było odliczanie czasu do spotkania się z Mechi.
Każda godzina dłużyła się, zamieniała w miliardy lat świetlnych, a w ryzach trzymało mnie jedynie wyobrażenie złotowłosej. Marzyłem o jej oczach, o loczkach i malinowych usteczkach. O jej zapachu, smaku, dotyku...

1822...
1821...
1820...
1819...
438...
437...
436...
435...
29...
28...
27...
26...
4...
3...
2...
1..

Aż wreszcie wybiła godzina mojego odejścia, sekunda, w której nastał nowy początek, moment końca męczarni.
Tak inaczej jest nagle stąpać po miękkich obłokach, niezwykle jest móc patrzeć na nią, na to, jak leży na łące i liczy gwiazdy.

- Czekam na ciebie, kochanie, czuwam nad tobą – szepczę do niej. Dzieli nas odległość, stan, rodzaj i wszystko inne, a mimo to, ona uśmiecha się, jakby słyszała.
- Wiem, aniołku.

~~~~~~~
Hej, aniołki <3
Co u was? U mnie... Szkoła, choć tak właściwie jej koniec :)
Jak oceny? Jest pasek? U mnie o włos nie :c

Skąd historia?
Zainspirowało mnie RP o WS :) *Teraz pozdrawiam wszystkich, którzy wiedzą, o co chodzi*

Nieważne.. Podoba wam się? Mam nadzieję, że tak :)
Buziaczki.
I do następnego, aniołki <3
Wasza,
Wiktoria

wtorek, 5 maja 2015

OneShot "Nie ma słów, które zniszczą cię we mnie"

Pojedyncze wiązki słonecznego światła, przebijają się pomiędzy nagimi gałęziami drzew, topiąc pierwszy zimowy śnieg, który się na nich zebrał. Niemrawo obdarowuje mnie swym uśmiechem.
Dwoje dzieci przechadza się główną aleją, szukając grobu, który przykryty śnieżną powłoką niczym nie różni się od pozostałych. Starszy mężczyzna próbuje zapalić znicz, ale wiejący wiatr, nieustannie gasi płomień na jego zapałce. Jakaś kobieta krząta się przy nagrobku nieopodal, zabezpieczając go przed nadchodzącymi mrozami, a skaczący wokół niej chłopiec wciąż zadaje jej pytania dotyczące śmierci.

A co ze mną?
A ja stoję nad marmurową tablicą i odczytuję z niej każdą literkę osobno, szukając między nimi jakiegoś znaku, mówiącego, że to wszystko jest jakimś wyjątkowo nieśmiesznym żartem.
Niestety, to nie żart.
Rzeczywistość po raz kolejny zrzuca mi swój ciężar na głowę, ale mimo trudności nie padam na kolana, nie rwę sobie włosów z głowy i nie wybucham histerycznym płaczem, chociaż moja bezsilność wręcz zmusza mnie, bym to zrobiła. Dzielnie znoszę ból wywołany tym nieludzkim ciężarem i zastanawiam się nad tym, czy człowiek ma wyznaczoną jakąś granicę cierpienia, po której przekroczeniu w końcu poczuje się w pełni szczęśliwy. Zakres bólu, który ja dostałam w przydziale jest chyba nieskończony i nie ma wyznaczonej granicy.

Co jest najgorsze w utracie bliskiej osoby?
Gdy budzisz się rano i wydaje ci się, że wszystko jest tak, jak było wcześniej, a po chwili rzeczywistość ujawnia się w twojej głowe z całym swoim okrucieństwem.
Gdy idziesz ulicą i wydaje ci się, że słyszysz swoje imię z jego ust, po czym zdajesz sobie sprawę z tego, że to tylko wymysł twojej zrozpaczonej wyobraźni.
Gdy bierzesz w ręce telefon i z przyzwyczajenia sprawdzasz czy nie napisał do ciebie wiadomości.
Gdy wciąż szukasz jego twarzy w tłumie. A w każdej z tych sytuacji, do twojej głowy wkrada się to jedno kluczowe słowo, drwiące z ciebie i twojej emocjonalnej mieszanki naiwności z niedowierzaniem i rozpaczą.
Nigdy.
Nigdy już nie usłyszysz swojego imienia z tych ust.
Nigdy nie otrzymasz żadnej wiadomości z tego numeru.
Nigdy już nie zobaczysz tej twarzy.
NIGDY!

Wiecie co jeszcze jest bolesne?
Pożegnanie, kiedy wiesz, że nie przywitasz się z tą osobą ponownie.
A co jest gorsze niż wszystko wymienione wyżej razem wzięte?
Świadomość, że ty żyjesz tylko dlatego, że osoba, którą opłakujesz odeszła.

Podobno po operacji długo nie dało się mnie wybudzić. Rodzice mieli mi już wybierać trumnę, ale wtedy otworzyłam oczy i powróciłam do świata. Świata, który od kilku miesięcy istniał już bez Twojego udziału, Leonie.
Sporo czasu tkwiłam w bardzo dziwnym letargu, informacje przepływały przez moją głowę w tempie zwolnionym. Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co się wokół mnie działo, gdzie byłam i dlaczego tam byłam. Można powiedzieć, że byłam jak noworodek, który dopiero opuścił matczyne łono z zerową świadomością. Obrazy zaczęły formować się w mojej głowie stopniowo, bardzo powoli, a pierwszym, co zobaczyłam na tyle wyraźnie, by to rozpoznać, byłeś Ty. I to o pytanie o Ciebie, było pierwszym dźwiękiem jaki z siebie wydobyłam. Odpowiedź nie padła, bo i Twoje imię w moich ustach nie brzmiało wtedy na tyle wyraźnie, by ktokolwiek mógł je usłyszeć.
O Twojej śmierci dowiedziałam się dużo później. Wtedy, gdy byłam już w stanie prowadzić normalną rozmowę, a mama zaczynała pakować moje rzeczy, ciesząc się, że niedługo opuszczę szpital.

Data wyryta na nagrobku informuje mnie, iż istnienie świata bez Ciebie trwało wtedy już prawie pół roku. Dziś to już prawie osiem miesięcy, a szpital opuściłam dopiero w zeszłym tygodniu. Chorowałam dłużej niż mi się wydawało.
Spytałam wtedy po prostu o to, czy Ty także czekasz na mój powrót, czy nie uniosłeś ciężaru oglądania mnie na krawędzi śmierci i postanowiłeś poszukać szczęścia gdzie indziej. Nie sądziłam, że doprowadzę ją tym pytaniem do łez. Myślałam, że w swojej euforii wyświergota mi głupią formułkę. A tymczasem, ona usiadła przy mnie i ścisnęła mnie za rękę, tak jakby to miał być nasz ostatni uścisk. Radość, która wcześniej niemalże unosiła ją nad podłogą, wyparowała w ułamku sekundy.
- Kochanie – zaczęła dość niepewnie, a łzy kapały z jej oczu, nie budząc jednak we mnie żadnych podejrzeń. - Wiesz, że ktoś musiał odejść, żebyś ty mogła przeżyć, prawda?
Otwarłam buzię, by poinformować ją, że to pytanie jest kompletnie pozbawione sensu i, że nie mam ochoty myśleć o tym, że żyję dzięki czyjejś śmierci, ale zaskakująco szybko poskładałam fakty w jedną całość.
Czekałam wtedy aż znów popadnę w letarg, a ból odpłynie wraz z moją świadomością. Bodźce z zewnątrz faktycznie przestały do mnie docierać; mama mówiła coś do mnie, ale widziałam tylko ruchy jej warg. Wkrótce i ona rozmyła się pod wpływem łez, które napłynęły do moich oczu gwałtownie jak burza, niosąca ze sobą pernamentną ulewę.

To wszystko siedziało w środku. Ból osiedlił się we mnie jak pasożyt i nie miał zamiaru się nigdzie ruszać. Znalazł idealny dom.
Leonie, to Ty miałeś żegnać mnie, nie ja Ciebie. Na Boga! Przecież Ty miałeś w życiu cele i mnóstwo planów. To ja byłam gotowa na śmierć.
No właśnie. Gotowa...
Do śmierci można przygotowywać się latami, a ona i tak nas zaskoczy, udowadniając nam swoją nieprzewidywalność i pokazując, że są rzeczy gorsze niż umieranie.
Gdybyśmy oboje mogli żyć dłużej, nasza miłość prawdopodobnie by nie przetrwała. Każdy, nawet ten najpiękniejszy zamek z piasku w końcu zgarnia przypływ; te, które znajdują się poza zasięgiem wody, poddają się sile wiatru, a z drobinek, które wmieszały się w niezliczoną złocistą kolonię powstają kolejne budowle. Jednak żeby piasek stał się częścią solidnej konstrukcji, trzeba połączyć go z odpowiednią zaprawą, która zaciera jego piękno.
Wszystko, co piękne jest tylko ulotną chwilą, której nie sposób uchwycić by trwała wiecznie. Nasza chwila była najcudowniejszą chwilą mojego życia i nie znam słów, którymi mogłabym wyrazić to jak bardzo jestem Ci za nią wdzięczna.
A jednak mimo wszystko – oddałabym ją.

Oddałabym ją za możliwość cofnięcia czasu do dnia, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Schowałabym się wtedy przed Twoim wzrokiem, nim zdążyłbyś mnie dostrzec. Życie ze świadomością, że nie masz pojęcia o moim istnieniu byłoby o wiele łatwiejsze niż oglądanie świata, w którym Ciebie nie ma w ogóle.
Chociaż... być może jednak gdzieś tu jesteś.
W podmuchach wiatru, w blasku słońca, czy w topniejącym śniegu, który wkrótce znów opadnie, przynosząc ze sobą zimę, którą tak uwielbiałeś. A może kiedyś spotkamy się znów. W tym lepszym świecie. W miejscu bez czasu i materialnej przestrzeni. Tam gdzie nie ma już pożegnań i cierpienia. O ile takie miejsce naprawdę istnieje...
Żegnaj, Leonie.
Na wieki twoja, Natalia..

It's in the past tense
There is no making sense of it now...

_________

Hej, pamiętacie mnie jeszcze?
Tak, wiem. Dawno mnie tu nie było..
Każdy z was pewnie to zrozumie - szkoła, problemy, brak czasu i weny, ale i tak chcę was za to przeprosić.
Mam nadzieję, że mi wybaczycie c:
Co do shota..
Wiem, że jest za smutny - za to też przepraszam. Moja wena taka już jest - raz zbyt wesoło, raz za smutno. I mam nadzieję, że się nie znudziliście, czytając go :)

Do następnego, misiaczki ^^
Lilka

wtorek, 27 stycznia 2015

One Shot ,,Gwiazda"


Z dedykacja dla wszystkich czytelników <3

,,Czasami jeden zwykły dzień potrafi zmienić nasze życie. Obrócić je do góry nogami, nie zważając na nasze sprzeciwy.
Ludzie powiadają, że przeznaczenie jest zapisane gdzieś wysoko, u Boga. Decyduje on, co i kiedy jest dla nas najlepszym rozwianiem.
I mimo że czasami się z tym nie zgadzamy, na końcu i tak musimy przyznać, ze to, co stworzył i zaplanował Najwyższy Wszechmocny Stwórca, jest najlepszym wyjściem, jakie mogło nas spotkać…’’

~~~~~~

Była moją gwiazdką
Dla innych to stwierdzenie wydawało się dosyć dziwne. Nie potrafili zrozumieć, jak zwykła dziewczyna może zmienić całkowicie obraz twojego świata. Wejść w głąb umysłu i pokazać ci wszystko w innych kolorach.  Pokolorować szarą rzeczywistość milionem tęczowych iskierek, wychodzących z ogniska uczuć…
Najwyraźniej nie poznali jeszcze smaku prawdziwej miłości…

~~~
Pamiętam dzień, w którym ją poznałem.
Na dworze sypał drobny śnieg, tak jakby świat był zamknięty w szklanej kuli, a ktoś nią potrząsał. W powietrzu czuć było zapach świeżej szarlotki z cynamonem, którą tak bardzo uwielbiałem.
I nagle zobaczyłem ją. Podążała wąską, krętą ścieżką, prowadzącą do pobliskiego parku. Była aniołem.
Miała piękne włosy, wyglądające, jak sprężynki stworzone z mlecznej czekolady. W tę burzę loków wplątywały się płatki śniegu, migoczące, niczym małe diamenciki w jej włosach. Na policzkach kryły się delikatne, różane rumieńce, spowodowane zimnem. Usta miały kolor soczystych malin, a skóra wyglądała, jak utkana z najdroższego jedwabiu. Oczy zaś przypominały kakao i szkliły się w nikłym blasku zimowego słońca.
Anioł?

Podeszła do mnie i zapytała o drogę. Zaproponowałem, że ją odprowadzę. Zgodziła się, a potem uśmiechnęła się lekko.
Gdy to zrobiła, cały świat zawirował. Wypłynęło z niej światło, które potrafiło rozjaśnić każdą ciemność. Promieniowało z niej ciepło, a każda jego cząstka trafiała w najbardziej odległe zakątki mojego serca. Swoim uśmiechem pomalowała moją duszę i wyryła w niej znamię miłości… Prawdziwej, takiej, która trwa na zawsze.
Jej słowa były balsamem, kojącym każdy ból. Roztapiały one lód, kryjący się w moim sercu. Wywoływały lawinę uczuć. Czułem, jak staje się niezwykła, wyjątkowa, jedyna…
Moja?
W drodze do domu jej babci zaczęła opowiadać mi o sobie.
Natalka kochała muzykę i malarstwo. Od dziecka chciała śpiewać. Poprosiłem ją, by coś zanuciła dla mnie.
Kiedy zaczęła, czułem się, jak w raju. Jej głos podobny był do słowika. Niby niepozorny ptaszek, ale skrywa w sobie niezwykły talent.
Śpiewając,  zaczęła błyszczeć. W jej oczach zamigotały Male drobinki światła, tak bardzo podobne do tych mojej siostry przed otrzymaniem prezentu urodzinowego. Natka, nucąc piosenkę, bardzo mi ją przypominała. Była taka urocza, niewinna, słodka, delikatna. Była sobą, a jednocześnie posiadała w sobie niezwykły blask.
Gwiazda?

Doszliśmy na miejsce, a ja wciąż chciałem być blisko niej. Zostać z nią na zawsze. Miałem nadzieję, że jeszcze kiedyś ją spotkam.
Podziękowała mi za pomoc i uśmiechnęła się radośnie. Promieniowała od niej empatia i niezwykła radość z życia. W jej oczach pojawiły się ponownie te same tańczące ogniki, a ja utonąłem w jej spojrzeniu. Na koniec obiecała, że jeszcze się spotkamy i zaśmiała się perliście. Potem złożyła na moim policzku delikatny pocałunek. Czułem, że mogę latać w powietrzu i dotknąć ręką nieba. Byłem wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Niebo?
~~~
Wiosną umówiliśmy się na piknik.
Była piękna pogoda. Słońce dotykało swoimi promieniami każdego przechodnia. Siedzieliśmy na soczyście zielonej trawie i śmialiśmy się. Natka nadal miała w sobie ten niezwykły blask, odróżniający ją od wszystkich innych dziewczyn. Wciąż potrafiła jednym słowem rozpalić moje serce. Ciągle była wyjątkowa, bo była sobą.
Patrzyła w moje w oczy, czułem, że jej wzrok potrafi przeniknąć mnie dogłębnie.
Spytała, czy jest ładna. Nadal nie potrafiła uwierzyć w siebie. Może jeszcze nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest najjaśniejszą gwiazdą na całym niebie.
Zrobiłem się cały czerwony i powiedziałem, że jest śliczna i bardzo ją lubię.
Kocham?

Wieczorem leżeliśmy na kocu i patrzyliśmy w gwiazdy.
To niesamowite… Zmierzch przykrył niebo czarną kurtyną nocy i przypiął ją tam szpilkami złotych gwiazd.
W ich tłumie chciałem znaleźć chociaż jedną, która jest wyjątkowa, ale żadna nie potrafiła przyćmić Natalii. Zrozumiałem wtedy, co naprawdę do niej czuję.
Obróciłem głowę w jej stronę i nieznacznie się uśmiechnąłem.
Po chwili powiedziałem jej, że ją kocham. Ona zarumieniła się lekko i wyszeptała, że ona też czuje to, co ja i nazwała mnie swoim Maxim.
Chwilę potem moje wargi dotknęły jej malinowych ust. Serce biło mi jak szalone.
Skosztowałem nieba. Już nikt nie mógł tego zmienić.
Miłość?

Jednak moje szczęście nie trwało długo…
Po pewnym czasie powiedziała mi, że kocha kogoś innego. Jej słowa złamały mi serce.
Nie mogłem zrozumieć, jak Leon mógł zaskarbić sobie serce Natalki.
Mojej Natalki.
Mimo że teraz jest z innym, ja nadal kocham ją całym sercem. I będę nosił ją w sercu już na zawsze.
I tylko czasami, gdy ciepły południowy wiatr przynosi wspomnienia, zastanawiam się, co by się stało, gdybym wtedy nie pozwolił jej odejść…


Jesteś moją gwiazdą, Natalko…

~~~~~~

Hejka ;)
Jak wam się podoba?
Mi pisało się bardzo przyjemnie, jednak, gdy przeczytałam całość, stwierdziłam, że to nie ma sensu.
Liczę na wasze opinie.
Lili <3